przemyślenia

Ciężko mi w to uwierzyć

Ciężko mi uwierzyć w to, że zaraz będzie koniec roku. Z jednej strony mnie to trochę martwi, z drugiej wywołuje dziwne podekscytowanie — nic jednak nie zmienia faktu, że to oznacza, iż jesteśmy już bliżej 2021 roku niż dalej. A że obecny rok jest bez wątpienia jednym wielkim żartem… Dlaczego mnie to martwi? Bo przez ostatnie miesiące przyłapywałam się nieustannie na przywiązywaniu nieproporcjonalnie dużej wagi do pracy. Gdyby mój blog byłby człowiekiem, najprawdopodobniej już dawno wykreśliłby mnie ze swojego życia i powiedział, że taką przyjaźń to mogę sobie co najwyżej wsadzić w dupę.

Ciężko mi uwierzyć także w to, co teraz powiem. Coraz częściej w myślach określam moją relację z pisaniem jako pół-żartem, pół-serio love-hate relationship. Bo owszem, moja miłość do pisania nie zniknęła — ba, przecież robię to nadal codziennie. W dodatku znacznie częściej, ale to z racji mojej pracy. I właśnie tutaj jest ten problem: z racji mojej pracy. Zawsze dziwię się (i trochę też z tego śmieję), że kiedy wreszcie usiądę do pisania, które w żaden sposób nie jest z pracą związane, czuję się dokładnie tak, jakbym po bardzo długim czasie wstrzymywania powietrza w płucach wypuściła je, po czym wzięła głęboki, odprężający oddech.

Unsplash | john ko

Nie znaczy to, że nie lubię mojej pracy. Ba, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie lepszej — w końcu piszę o grach. Ciężko mi jednak uwierzyć w to, jak bardzo brakowało mi zwyczajnego pisania. To wcale nie jest tak, że ja nie chcę pisać na blogu. Ja po prostu jestem okropnie leniwym i (jeszcze bardziej) niezorganizowanym człowiekiem, który nie do końca potrafi wziąć się w garść i sobie ten czas poprawnie zorganizować. Wciąż łapię się na podstawowych egzystencjalnych błędach człowieka ambitnego. Co to oznacza? Już tłumaczę.

Pozwól, że w pierwszej kolejności wyjaśnimy sobie coś bardzo ważnego. Motywacja nie istnieje. A przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej ją sobie wszyscy, niczym jeden głupi i uparty mąż, wyobrażamy. Motywacja to stan, który w najlepszym przypadku potrwa kilka dni. W ekstremalnych przypadkach zapewne mogłaby pewnie potrwać nawet kilka tygodni. To nie jest jednak coś stałego — coś, co pojawia się i nie znika. Właściwie to bardzo często jest tak, że motywacja pojawia się i znika zaledwie po kilku godzinach. Najważniejszy jest jednak fakt, że motywacja nie pojawia się znikąd; sami musimy ją znaleźć. I często się to udaje, bo wystarczy w zasadzie po prostu zacząć coś robić. Ale kiedy zaczynamy, równie często chęci do czegokolwiek znikają po niezwykle krótkim czasie. A my w tym momencie łapiemy się za głowę i pytamy: co jest ze mną nie tak?

Podpowiem wszystko jest z nami w porządku. Nie w porządku jest natomiast to, jak do takowej sytuacji podchodzimy. (Dla jasności: mówię głównie do siebie, ale myślę, że wielu z nas powiedziałoby sobie dokładnie to samo.) Mam tak, że czuję ten przypływ dziwnej energii, który w kulminacyjnym momencie wręcz rozsadza mnie od środka. Mam tak, że czuję tak ogromną siłę, że z łatwością przeniosłabym jakąś górę. A może nawet nią sobie pożonglowała. Krótko mówiąc, czuję się zajebiście. Robię sobie kawę, myśląc o tym, jak zaraz usiądę do pracy i dosłownie (inaczej się nie da) rozpierdolę system. Tak, rozpierdolę system. Mocno i spektakularnie.

No więc czekam, aż ekspres łaskawie tę kawę zrobi, po czym chwytam swój ulubiony kubek prosto z Londynu i pewnym krokiem wracam do swojego centrum dowodzenia. Siadam, biorę pierwszego łyka niczym koneser, nakładam na uszy słuchawki, bierzesz wdech i… Skoro już przeklinamy, to pozwól, że nazwę rzeczy po imieniu.

No i chuj. Czar prysł. Motywacja zniknęła. Jedyne, czego chcesz, to położyć się i zdrzemnąć.

Unsplash | Yusuf Shamsudeen

Co poszło nie tak? Dlaczego poszło nie tak? Jak w ogóle powinno, do cholery, pójść?

No, a teraz połóż rękę na sercu i powiedz: nigdy tak nie miałem. Nie zrobisz tego, prawda? Oczywiście, że nie. Nie zrobisz tego, bo jesteś człowiekiem. Każdy człowiek przechodził przez podobną (lub taką samą) sytuację. Absolutnie każdy. Niezależnie od tego, czy obejrzymy jeden, czy może nawet piętnaście (koniecznie jeden po drugim!) filmików motywacyjnych na YouTubie, ta motywacja, którą równie dobrze mógłby nam ktoś wstrzyknąć prosto do żył, zniknie. Dokładnie tak, jak z krwi znika chociażby alkohol. (Na całe szczęście.)

Jeśli o mnie chodzi, najbrutalniej zostałam przywołana na ziemię w momencie, gdy próbowałam pisać wyłącznie wtedy, gdy mam wenę. Efekty? Nie pisałam prawie wcale — a gdy już zaczynałam pisać, sesja stukania w klawiaturę trwała co najwyżej godzinę (przy dobrych wiatrach!). Dokładnie to samo jest z motywacją, choć ta u mnie trwała czasem nawet kilka dni — zaczynałam robić coś nowego, jarałam się tym bardziej, niż znicz olimpijski, aby po tygodniu stwierdzić, że jednak mi się nie chce. Standard.

Ba, to właśnie przez tego typu zachowania mój blog mocno ucierpiał. Ucierpiał nie tylko pod względem zainteresowania osób trzecich (to znaczy takich, których w żadnym stopniu nie znam lub nie widziałam nigdy na oczy), ale również pod względem wartościowym. Mam wrażenie, że przez to zaniedbanie go zdążyłam zapomnieć, jak bardzo ważnym elementem mojego życia jest (a raczej, no, był). Czuję się z tym źle, tak, jakbym dobrowolnie pozbyła się części siebie, a której teraz z niemałym zdenerwowaniem w sercu szukam. I myślę, że nie uda mi się jej odnaleźć — jedynym wyjściem jest stworzenie zamiennika. Po swojemu. Od nowa.

Nie wiem wprawdzie, czy coś takiego w ogóle istnieje, ale nawet jeśli nie, to możemy uznać, że właśnie powstało. Ba, myślę, że wszyscy zrozumieją, o co mniej więcej chodzi — chodzi o odkładanie wszystkiego na jakiś poniedziałek, albo na pierwszy dzień miesiąca, albo na nowy rok. Chodzi o takie głupie przekonanie, że istnieje idealny moment na to, aby coś zacząć. Nie zrozum mnie źle — walczę z tym praktycznie od zawsze. Każdy lubi z przytupem rozpocząć dzień, tydzień, miesiąc, rok. Każdy chciałby być codziennie (bez wyjątku) niesamowicie zmotywowany do działania, wypoczęty (najlepiej po ośmiu godzinach wspaniałego, niczym niezakłóconego snu), z pozytywnym nastawieniem do absolutnie wszystkiego i poczuciem, że idzie do przodu.

Tylko że każdy z nas czasem ma poczucie, że wcale nie idzie do przodu. Że wręcz się cofa. Że stoi w miejscu. Tak, jakbyś stał na przystanku autobusowym i za każdym razem, kiedy podjeżdża Twój autobus do domu, uśmiechasz się szeroko i machasz mu na pożegnanie. I wciąż stoisz. Po co wsiadać? Wsiądziesz, wrócisz do domu, zrobisz swoje, pójdziesz spać, wstaniesz, a kolejnego dnia i tak znajdziesz się na tym samym przystanku. Ja trochę tak mam ze ścieleniem łóżka. Od jakiegoś czasu staram się, aby robić to w pierwszej kolejności po obudzeniu się, ale mój mózg z jakiegoś powodu nie widzi w tej czynności najmniejszego sensu — bo przecież pod koniec dnia znów się w tym łóżku położę, nie? A rano znowu muszę je ścielić. Bezsens.

Unsplash | Gaelle Marcel

Kiedy opublikowałam tutaj ostatni tekst? Pod koniec maja, jeśli dobrze pamiętam. Dzień Mamy. Minęło trochę czasu. I wiecie, co przez te miesiące się zmieniło? No, prawie, kurwa nic. Może poza tym, że podjęliśmy niezwykle ważną decyzję z rodzicami, ale o tym nie chcę dzisiaj mówić, bo boję się, że zapeszę i ten cyrk, który aktualnie mamy w domu, to faktycznie pojedzie, ale klaunów zostawi. Dlaczego więc publikuję kolejny tekst akurat dzisiaj?

Nie mam pojęcia. Znaczy, jakieś tam mam. Chcę po prostu zacząć. Po raz kolejny — cholera wie, który to już. Chcę zacząć i pozwolić sobie na porażki. Zarówno te niewielkie i praktycznie nic nie znaczące, jak i na te spektakularne, co to człowiek po prostu mógłby równie dobrze rozpędzić się i wbiec w ścianę. Jasne, że, jak chyba każdy z nas, mam niezwykle ambitne plany oraz przekonanie, że zostałam stworzona do wielkich rzeczy (chociaż na razie rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej). Ale wierzę, że życie polega na upadkach. Że upadasz raz, drugi, trzeci, dwusetny. I wstajesz — tak w kółko. Że właśnie o to chodzi, że chodzi o siłę, którą w sobie masz na to, aby wstać zawsze o jeden raz więcej, niż upadniesz. Wierzę, że to jest w życiu najpiękniejsze.

Żeby było jasne — to wcale nie było tak, że ja od maja ani razu nie pomyślałam o blogu. Ba, wręcz przeciwnie. Myślałam o nim praktycznie cały czas. Co mogę zrobić, żeby wrócić z przytupem? Żeby tym razem nie zabrzmieć, jak motywacyjny coach i jednocześnie ktoś, kto tylko dużo mówi? I wiesz co? Nic nie mogę zrobić. Mogę tylko opublikować ten tekst, oznajmić, że wróciłam i spróbować raz jeszcze. Wstać.

Na całe szczęście, miałam naprawdę sporo czasu, aby sobie niektóre rzeczy przemyśleć. Już teraz, wiedząc, że zbliżam się do końca tekstu, uśmiecham się, bo wiem, czym zajmę się w następnej kolejności. Teoretycznie więc trochę atrakcji przygotowałam, ale nie chcę teraz zatrzeć rączek i powiedzieć: no, teraz to już naprawdę jebnie. Bo tego nie wiem. Nigdy tego nie wiem. I nigdy wiedzieć tego nie będę.

Życie ma to do siebie, że w każdej chwili może wychylić się zza rogu i podłożyć człowiekowi nogę w konkretnym miejscu, aby jeszcze specjalnie się wypierdolił twarzą w błoto. A potem jeszcze kopnąć go parę razy w żebra i splunąć mu na tył łba, aby na koniec również zatrzeć rączki i powiedzieć: no, to teraz to już jebło.

Ale wiesz co? Przeżyłam to w tym roku co najmniej kilka razy. Upadłam, ubrudziłam się, trochę nawet popłakałam, słysząc z tyłu głowy szyderczy śmiech. Być może rzeczywiście jebło. No i co z tego? Wstaję, otrzepuję się, biorę głęboki wdech i próbuję raz jeszcze. Oprócz tego jest jeszcze jedno wyjście: zostać na tej podłodze i czekać, aż świat się skończy. Tyle że to nie wchodzi w grę. Nie po to tu jestem.

 

M.