przemyślenia

Coś się kończy, coś się zaczyna

Ten tekst jest długi. Przygotuj sobie jakieś picie czy coś.

No cześć. To znowu ja. Tak, wiem. Naprawdę wiem.

Wiem, co sobie myślisz i powiem Ci, że ja też to sobie myślę. Proponuję wypowiedzieć to równocześnie na głos, co ty na to? Na trzy. Raz, dwa, trzy: JA PIERDOLĘ, ZNOWU? Czekaj, co? To nie to? A, że niby miałam nie przeklinać? Cóż. Muszę Cię w takim razie zmartwić, bo nie zamierzam się już teraz powstrzymywać. Zresztą, bądźmy ze sobą szczerzy — to, co ja odjaniepawlam na tym blogu przechodzi wszelkie ludzkie pojęcie. Bardzo długo zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Coś mi nie pasowało, zawsze. Albo mi się tekst nie podobał, albo mi się nie chciało, albo zaniedbywałam social media, albo cholera wie, co jeszcze.

Kiedy to piszę, jest dokładnie (w momencie pisania tych konkretnych słów) godzina 5:24 nad ranem, pierwszy dzień 2020 roku. Dobrze wiesz (lub nie, jeżeli jesteś tutaj pierwszy raz, dlatego przepraszam za tak nieprofesjonalny wstęp i zaraz zacznę drugi raz, ale bardziej oficjalnie — wytrzymaj!), że uwielbiam siedzieć po nocach i pisać. To się nie zmieniło. A że tego konkretnego Sylwestra postanowiłam spędzić w domu, ze swoimi grami i piesełami… Tak czy siak. Do rzeczy. Znowu. Długo było cicho, w dodatku to był ten rodzaj ciszy, który nie oznacza niczego dobrego. Chociaż nie mogę powiedzieć, że przez ten cichy okres absolutnie nic dobrego się nie wydarzyło, bo to byłoby po prostu kłamstwo. Zanim jednak przejdziemy do mojego bardzo ciekawego i emocjonującego życia, pozwólcie, że przywitam się ze świeżakami.

Cześć. Jestem Maria, a to jest

I brak profesjonalizmu wcale nie jest moim największym problemem. Moim największym problemem jest perfekcjonizm i bardzo chciałabym, żeby w tym zdaniu czas teraźniejszy zamienił się w najbliższej przyszłości na czas przeszły. Opowiem Ci krótką historię. Wyobraź sobie, że istnieje blog, który prowadzi pewien człowiek od marca 2017 roku, więc to już wcale nie jest najmłodszy blog. Pojawiło się na nim sporo tekstów, niektóre wywołały mnóstwo emocji i kontrowersji. Ale po pewnym czasie na blogu zaczęło regularnie świecić pustkami — nic nie pojawiało się przez dwa, trzy miesiące. Czasem więcej, czasem mniej. Wielokrotnie jego twórca budził się z ręką w nocniku, a potem pisał: HEJ, jestem z powrotem, teraz już będzie super! A już najgłupsze jest to, że najczęściej pisał takie rzeczy w poniedziałki lub pierwsze dni miesiąca, bo to przecież taka magiczna data.

Brzmi słabo. Przynajmniej ja tak uważam. Zwłaszcza że jestem tym właśnie twórcą. Nie będziemy wchodzić w szczegóły, ale musisz wiedzieć, że nie było łatwo. Od samego początku istnienia tego bloga wydarzyło się naprawdę sporo. Przeżyłam wypadek samochodowy, miałam przez chwilę kanał na YouTubie, w pierwszy dzień wiosny tego roku zmarł mój ukochany pies, zdążyłam już dwa razy rzucić studia i mam pracę, którą kocham. Spełniło się również jedno z moich największych marzeń, które stoi teraz obok mnie na podłodze i potrafi odpalić absolutnie każdą grę na najwyższych ustawieniach. Usłyszałam mnóstwo negatywnych komentarzy, usłyszałam równie dużo komplementów, zdążyłam wylać hektolitry łez i wypić dwa razy więcej kawy. Zaczęłam też pić yerba matę. Założyłam drugiego bloga, który również zaraz ruszy i będzie dotyczył wyłącznie gier, w dodatku wszystko będzie tam po angielsku. Kupiłam nową konsolę, zarwałam mnóstwo nocy…

No i Billie Eilish wydała swój pierwszy album w marcu. To bardzo ważne. Polecam.

Co teraz będzie? Proste — zacznę od nowa.

Wiem, że mówiłam już to srylion razy i jest mi strasznie głupio, że mówię to po raz kolejny. Tyle że to jedyne, co mogę w takiej sytuacji zrobić — pozbyć się frustracji oraz tekstów, które tylko przypominałyby mi o tamtym okresie mojego życia. A tamten okres mojego życia był jednym wielkim chaosem i stagnacją jednocześnie. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz. Albo dopiero zrozumiesz. Chciałam poczekać jeszcze miesiąc, rozpocząć bloga na nowo z jakąś ładną datą przy pierwszym tekście z bzdurnym przekonaniem, że to ma większy sens, a potem strzeliłam sobie w czoło. To był mój największy problem.

Czekanie na idealny moment. Nie wiem, czy obumarło mi zbyt dużo szarych komórek, ale przez większość swojego życia zachowywałam się tak, jakbym wierzyła w jego istnienie. Generalnie nie chcę zbyt dużo mówić, bo moja Mama to na pewno przeczyta i będzie na mnie krzyczeć, że rozpowiadam w internecie to, czego nie powinnam. Nie zrozum mnie źle — wiem, że Ty nie wykorzystasz tego w niecny sposób. Ale zawsze znajdzie się w internecie jakiś debil, no nie? No więc pozwól, że posłużę się cytatem z pewnej książki, którą jakiś czas temu przeczytałam. Generalnie w tym tekście będzie dużo cytatów z tej książki, bo najzwyczajniej w świecie jest po prostu świetna i bardzo życiowa. (Swoją drogą, polecił mi ją mój przyjaciel Mikołaj, który robi zajebiste filmy i możecie je obejrzeć tutaj. Mówię poważnie — są genialne.) Jeżeli wolisz konkrety, to omiń kolejne akapity i od razu przejdź niżej, bo zaraz zacznę kolejną historię, tyle że tym razem dłuższą. Jeżeli nie lubisz się smucić i płakać, to też omiń kolejne akapity, bo wiele osób pisało do mnie później, że wywołałam u nich łzy. Pamiętaj, że ostrzegałam.

Unieszczęśliwiając siebie, nie sprawisz, że świat stanie się lepszy. Po prostu dajesz mu jedną nieszczęśliwą osobę więcej.

Volant "Piąty poziom"

Poznaj Lenę. Większość ranków leżała w moim łóżku. Kiedy się budziłam, leniwie podnosiła głowę, a Jej oczy zdawały się do mnie uśmiechać. Gdyby umiała mówić, to pewnie powiedziałaby coś w stylu: hej, cieszę się, że się obudziłaś. Przygarniałam Ją wówczas do siebie, całowałam w czoło i mocno przytulałam, wdychając tak dobrze znany mi zapach. Czasem mój oddech połaskotał Ją w ucho, którym gwałtownie poruszyła, co wywoływało u mnie śmiech. Gdy zaś się zaśmiałam, zaczynała mnie lizać po twarzy, a to skutkowało wyłącznie jeszcze większym śmiechem. To był najlepszy rodzaj poranków w moim życiu.

Przychodziła do mnie, gdy płakałam. Siadała przede mną, zupełnie jakby wiedziała, że sama Jej obecność jest w stanie pomóc mi podnieść się nawet w najcięższych momentach. Siadała i tak już zostawała, czekając, aż zwrócę na nią uwagę, aż Ją pogłaszczę, aż się uśmiechnę. Czekała, aż będzie mi lepiej. Bo zawsze wiedziała. Absolutnie zawsze. Czasem ja przychodziłam do Niej, gdy zbyt długo nie odwiedzała mojego pokoju. Jej widok był kojący. Pamiętam wiecznie wystający ząb, pamiętam wiecznie wyciągnięty język, pamiętam rozkoszne dźwięki, kiedy turlała się na podłodze, kiedy wyglądała jak najprawdziwsze oblicze szczęścia. Pamiętam, kiedy warczała, gdy się Jej psociłam, pamiętam, kiedy szczekała na mnie, bo przez przypadek Ją przesunęłam parę centymetrów na kanapie. Pamiętam, kiedy zachowywała się jak rasowa dama, która nie wskoczy sama na łóżko, tylko trzeba Ją tam podsadzić. Nie pamiętam jednak, co było przed Nią. Wspomnienia bez Jej udziału są bardzo mgliste. Zupełnie, jakby tamten okres życia nie miał żadnego znaczenia. Nic dziwnego, skoro dodała temu życiu jaskrawych kolorów, pozytywnych chwil i uświadomiła mi, jak bardzo można kogoś kochać.

Uświadomiła mi, że wcale nie trzeba być człowiekiem, żeby nauczyć innych doceniać małe rzeczy. Nie trzeba być człowiekiem, żeby pokazać, że najważniejsze są tak naprawdę rzeczy, które wydają się być najmniej ważne. Nie trzeba być człowiekiem, żeby rozkochać w sobie drugą osobę do granic wszelkich możliwości. Nie trzeba być człowiekiem, żeby wywołać na czyjejś twarzy uśmiech, żeby kogoś rozśmieszyć, żeby wzbudzić zaufanie. Nie trzeba być człowiekiem, by pokazać, co tak naprawdę znaczy bycie wiernym. Że wystarczy być psem.

Zmieniła moje życie. Zmieniła je na lepsze, załatała wszelkie dziury, zaszyła wszystkie rany, codziennie dawała nadzieję na lepsze jutro. Była zawsze wtedy, kiedy Jej potrzebowałam. Kiedy Jej nie potrzebowałam, to też była. Kochała mnie bez względu na moje wady. Miała cztery łapy i była aniołem. I taką Ją zapamiętam.

Pełną energii, biegającą za piłką na działce, turlającą się po podłodze, z merdającym ogonem. Zapamiętam Ją jako psa, który miał najlepsze życie, jakie tylko może mieć pies. Który nie musiał się martwić o to, czy będzie miał gdzie spać, który zawsze miał pełną miskę z jedzeniem i wodą, który mógł zawsze przyjść, przytulić się i zasnąć u boku osób, dla których był najwspanialszym psem na świecie. Którzy oddaliby za tego psa wszystko, co mają, byleby tylko była zdrowa i żyła jak najdłużej. I nie mam Jej za złe, że odeszła. Wiem, że chciała zostać.

Wiem też, że psy nie umieją czytać, ale głęboko wierzę w to, że Ona już dawno zdawała sobie z tych wszystkich rzeczy sprawę. Z tego, że odchodząc, zabrała ze sobą część mnie. Z tego, że jestem Jej wdzięczna za absolutnie każdą sekundę, którą razem z Nią spędziłam. Że nigdy Jej nie zapomnę. Że bardzo tęsknię i żałuję, że już Jej nie zobaczę. Wiem, że czuwa nade mną w psim niebie, gdzie nie boi się żadnych latających samolotów, fajerwerków, gdzie żadna rana Ją nie swędzi, gdzie nic Ją nie boli i nie musi się niczym przejmować. Gdzie może być po prostu tym samym wspaniałym psem, którym była przez całe swoje życie. Nasze życie. Szkoda tylko, że tak krótkie.

Myślałam, że następnego dnia cały świat będzie płakał razem ze mną.

Ale tak wcale nie było. Oczywiście, że tak nie było. Następnego dnia świat po prostu dalej się kręcił. Ludzie szli do pracy, studenci szli na zajęcia, a ja, zaraz po otworzeniu oczu, po raz pierwszy w życiu naprawdę chciałam umrzeć. Nie chciałam znać świata bez Leny. Nie chciałam wstawać. Nie chciałam absolutnie nic. Jeszcze do niedawna pogrążałam się w tym swoim smutku. Aż któregoś dnia usiadłam i zadałam sobie jedno pytanie.

Jeżeli istnieje psie niebo (mam nadzieję, że tak) i Lena właśnie tam jest, patrzy na mnie z góry czy naprawdę chciałaby mnie widzieć w takim stanie? Odpowiedź była oczywista. Coś jakby we mnie pękło. Coś, co uświadomiło mi, że to przecież nie ma najmniejszego sensu. 

Wierzę w to, że każdy rodząc się, dostaje swoje życie tak jak dostaje się pudełko puzzli. Otwiera się je, wysypuje na podłogę i widzi kupkę pojedynczych fragmentów, ale nieważne, jaki dostałeś zestaw - czy trudny czy łatwy, bo z każdego z nich da się ułożyć piękny obrazek. Trzeba tylko wiedzieć jak.

Volant "Piąty poziom"

Nigdy nie lubiłam puzzli. Jako dzieciak zawsze się szybko wkurzałam, że mi nie wychodzi i po prostu przestawałam je układać. Z tymi życiowymi było więc podobnie — najczęściej zbyt długo zajmowało mi znalezienie jakiegoś jednego głupiego fragmentu, więc go nie szukałam i czułam jednocześnie, że czegoś we mnie brakuje. Ba, w ogóle mam wrażenie, że mój zestaw jest jakiś kosmiczny. Wiesz, na przykład taki z 30 tysiącami kawałków. Postanowiłam jednak wziąć sobie tamte słowa z książki do serca i uwierzyć, że nawet takie puzzle da się ułożyć.

I właśnie dlatego zacznę od nowa.

To teraz konkrety. Jako że chciałabym w najlepszym wypadku pisać codziennie, ustaliłam sobie stosunkowo łatwy cel: jeden tekst tygodniowo. Zauważyłam bowiem bardzo ciekawą zależność — zawsze miałam skłonności do mierzenia bardzo wysoko, a później orientowałam się, że od czterech godzin leżę i lamentuję, bo nic nie robię. Kiedy jednak zaczęłam sobie wyznaczać naprawdę mikroskopijne kroki (przykładowo, kiedy chciałam wstać wcześniej, naprawdę wpisywałam do listy to-do zadanie, które brzmiało “usiądź na łóżku od razu po wyłączeniu budzika” i działało znacznie częściej, niż przewidywałam, choć to wciąż było trudne). Podobnie zamierzam zrobić ze wszystkimi profilami w social mediach: jeden wpis dziennie na Facebooku i Twitterze oraz przynajmniej jedno zdjęcie na Instagramie na trzy dni. Nie codziennie wpierdalać sto osiem “wartościowych” wpisów na wszystkie możliwe platformy — bądźmy szczerzy, wtedy to raczej nie ma wartości. Mam cichą nadzieję, że taktyka zadziała i ostatecznie, tak czy siak, będzie wszystkiego choć odrobinę więcej.

W kwestii tematyki niewiele się zmieniło.

Kolejna kwestia to treść — czy będę pisać o tym samym? Czy może coś się zmieni? Szczerze mówiąc, nie mam najmniejszego pojęcia. Na ten moment na blogu istnieje sześć kategorii:

        • przemyślenia
        • produktywność
        • muzyka
        • filmy i seriale
        • książki
        • aplikacje
Myślę, że to wystarczająco dużo. Nie chciałam się ograniczać, bo lubię pisać o różnych rzeczach — szczególnie jeżeli coś mi się spodobało. Zacznę więc od krótkiego wytłumaczenia, czego właściwie możecie się po każdej z tych kategorii spodziewać, a potem przejdziemy do kolejnej rzeczy.

Przemyślenia to najbardziej ogólna kategoria i to pewnie właśnie tam będzie lądowała znaczna większość moich tekstów. Po części dlatego, że już wcześniej bardzo często zdarzało mi się pisać takie rzeczy, które, choć niekoniecznie pasowały idealnie do tej kategorii, nie pasowały równocześnie nigdzie indziej — a ja nie widzę sensu w tworzeniu osobnej dla tekstów, które nie do końca wpisują się w jakiekolwiek ramy. Niemniej jednak to tutaj przelewam swoje emocje na papier. Głęboko wierzę w taki rodzaj terapii i nie zamierzam jej zakańczać. W tej kategorii znajdą się przede wszystkim teksty, które większość określiłaby jako życiowe. Ja określiłabym je jako takie, których czasem każdy potrzebuje — zwłaszcza gdy znalazł się w bardzo nieciekawym miejscu.

Produktywność to coś, czego aktualnie sama się uczę. Z natury jestem raczej leniwym człowiekiem, chociaż wewnątrz mnie toczy się odwieczny konflikt tegoż właśnie lenistwa z idiotycznie wielkimi ambicjami i średnio rozumiem, dlaczego tak to działa. Walczę z tym, żeby nie było. A przynajmniej staram się walczyć, bo czasem przecież nie wyjdzie. Właśnie dlatego teksty, które się tutaj znajdą, będą przede wszystkim stawiać raczej więcej pytań, aniżeli odpowiedziBędą obserwacjami, nie wnioskami. Bądźmy ze sobą szczerzy — gdybym miała czelność uczyć innych, jak być produktywnym, choć sama nie należę do tej grupy (przez większość czasu, bo zdarza mi się zapierdalać, żeby nie było), to musiałabym być chyba naprawdę zdesperowana.

Muzyka stanowi integralną część mojego życia. Było tak, odkąd pamiętam, jest nadal i prawie na pewno będzie jeszcze długo. Mam to szczęście, że mój umysł nigdy nie zamykał się na nieznane gatunki, więc mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że słucham praktycznie wszystkiego. Jedynym wyjątkiem jest muzyka, którą prawie każdy określiłby chłamem — i tak, uważam, że taka istnieje. Nie przepadam również za hardkorowo ciężkim metalem oraz disco polo (co innego, kiedy jestem na imprezie po paru kieliszkach, wiadomo).

Filmy i seriale to z kolei obszar, w którym mam okropne braki. Nadal nie obejrzałam nowego sezonu Stranger Things, nie skończyłam nawet pierwszego BoJacka, a jak zobaczyłam, że Irlandczyk trwa ponad trzy godziny, to aż zapłakałam. Zaczęłam za to Wikingów i jak na razie jestem zachwycona. Krótko mówiąc — nie spodziewaj się tekstów, które będą dotyczyły samych nowości, bo w pierwszej kolejności chcę nadrobić wszelkie zaległości. I szczerze mówiąc, średnio mnie obchodzi, czy kogokolwiek będzie obchodzić, co sądzę o filmie sprzed dwóch lat. Wiem, że ktoś taki na pewno się znajdzie, a ja powitam go wówczas z otwartymi ramionami, jak swojego. Muszę jednak ostrzec wszystkich, niezależnie od tego, w jakiej grupie się znajdą nie potrafię pisać (pseudo)recenzji bez spojlerów. Nie i koniec.

Książki to już większy problem. Jest mi okropnie wstyd, że nadal nie skończyłam Wiedźmina ani nie przeczytałam w całości Harry’ego Pottera. (Tak, to prawda.) Wiecie, takie rzeczy jednak wypadałoby zrobić w życiu, przynajmniej według mnie. Dlatego tutaj jest podobna sytuacja, co przy filmach i serialach — nie spodziewaj się, że będę pisać o książkach, które mają kilka miesięcy czy wyszły w danym roku, bo o nich najprawdopodobniej napiszę co najmniej półtora roku później, jeśli nie więcej. Poza tym postanowiłam potraktować mojego bloga jako pretekst do nadrobienia wszelkich zaległości kulturowych, dlatego tyczy się to zarówno filmów i seriali, jak i muzyki oraz książek. Wszystkiego. I wcale nie jest mi przykro z tego powodu.

Aplikacje są dla mnie jak chleb powszedni. Korzystam z nich na co dzień, lubię szukać coraz to nowszych lub lepszych rozwiązań i przypuszczam, że masz podobnie. Właśnie dlatego od czasu do czasu — choć nie za często, bowiem każdy tekst będzie na pewno skupiał się na więcej, niż pięciu aplikacjach — opublikuję coś w rodzaju listy sprawdzonych cudów technologicznych, które ułatwiają mi życie w poszczególnych aspektach.

Unsplash | Fernando Hernandez

A co z tymi seriami?

Jeżeli nie jesteś tutaj po raz pierwszy, to na pewno kojarzysz coś takiego, jak Muzyka Miesiąca. Nieskromnie powiem, że była od początku i po pewnym czasie stała się czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego tego miejsca. Zgodnie z nazwą, co miesiąc dzieliłam się listą dziesięciu albumów, które wpadły mi w ucho — starałam się oczywiście, aby możliwie jak najwięcej dzieł było faktycznie z danego miesiąca, jednak czasem zdarzało się, że słuchałam non stop jakiegoś Nicka Cave’a sprzed cholera wie ilu lat i najzwyczajniej w świecie musiałam się tym podzielić. Bardzo często była to również muzyka niszowa, taka, której prawie na pewno większość moich czytelników nie znała — i wielu z Was to doceniało. W żadnym wypadku nie zamierzam z tej serii rezygnować. Jak jednak nietrudno zauważyć, z bloga zniknęły wszelkie teksty. W tym wszystkie publikacje z tejże właśnie serii, więc pozwól, że się wytłumaczę. W tym miesiącu (czyli już styczniu, wow) zamierzam napisać muzyczne podsumowanie roku, w którym zawrę wszystkie albumy, jakie były przeze mnie polecane w tegorocznych tekstach z Muzyki Miesiąca oraz te, które słuchałam przez miesiące, kiedy na blogu panowała grobowa cisza. Wiem, że to będzie bardzo długi artykuł. Ale w ten sposób chcę po prostu nadrobić zaległości i od nowego roku nie musieć już się nimi przejmować. Mam nadzieję, że rozumiesz.

Kolejną serią jest Biuro Rzeczy Znalezionych. Istniała wprawdzie przez bardzo krótką chwilę, ale równocześnie miała spory potencjał. Jak większość ludzi korzystających na co dzień z internetu, ja nie jestem żadnym wyjątkiem i w ciągu tygodnia napotkam mnóstwo interesujących perełek, o których warto powiedzieć. Bądźmy ze sobą szczerzy — internet jest przede wszystkim pełen wspaniałych rzeczy. Oryginalny plan był taki, aby teksty z serii Biuro Rzeczy Znalezionych pojawiały się raz w tygodniu, ale że znam już siebie na tyle, żeby wiedzieć, że to zdecydowanie zbyt często, umówmy się ostatecznie, że oficjalnie będą pojawiać się raz w miesiącu. Jasne, takie stwierdzenie wcale nie wyklucza innych — być może tutaj też zadziała ta dziwna zależność, a mi będzie się chciało pisać znacznie więcej i, co za tym idzie, częściej. Kto wie. Ja nie wiem.

Oprócz wspomnianych dwóch serii istnieją jeszcze Trzy Poziomy. Tutaj sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, bowiem zaniedbałam sprawę i dopiero niedawno zaczęłam robić kurs tak wiesz, porządnie. A gdyby ktoś nie miał pojęcia, o czym mówię chodzi o szkolenie o takiej samej nazwie, przygotowane przez pewnego bardzo sympatycznego twórcę internetowego, którego obserwuję już od jakiegoś czasu, czyli Mirosława Burnejko. Teraz już wprawdzie nazywa się to Szkołą Ustalania Celów, ale założenie jest oczywiście takie samo. Krótko mówiąc, znajduję się w takim momencie swojego życia, kiedy nie jestem już dzieciakiem. Uznałam więc dawno temu, że czas coś z tym zrobić. A potem nie zrobiłam z tym absolutnie nic.

Czas ustalić swoje cele i zacząć do nich dążyć.

No więc właśnie. Trzy Poziomy. Jeżeli obserwujecie mnie na Facebooku to zapewne widzieliście już rozkład jazdy, którego planuję się trzymać przez najbliższy tydzień. Pojawił się w nim tytuł tekstu zaplanowanego na niedzielę (jeżeli oczywiście wszystko pójdzie zgodnie z planem) — Dlaczego, jak i kiedy, czyli moje Trzy Poziomy. Właśnie dlatego dziś już oszczędzę Ci czytania, ponieważ ten tekst i tak jest wystarczająco długi. Po prostu poczekaj do niedzieli, jeżeli jakkolwiek Cię ta kwestia interesuje.

I to w sumie chyba tyle. Wyprodukowałam się. Wytłumaczyłam.

Witam z powrotem.

M.