przemyślenia

Czego nauczył mnie (prawie) rok kompletnej stagnacji?

A tak na poważnie — wiem, że tytuł na pierwszy rzut oka zdaje się być ponury i na pewno nie może zwiastować niczego dobrego. Ale czy na pewno? Bo wiecie, bardzo często jest tak, że człowiek musi odbić się od samego dna, aby podjąć jeszcze jedną próbę wypłynięcia na powierzchnię. I bardzo często jest tak, że ten proces się powtarza, dość regularnie. A u mnie było tak, że ja, po dotknięciu dna, postanowiłam uciąć sobie tam drzemkę i obudzić się w nowym roku, żeby zorientować się, że w gruncie rzeczy chyba nie wszystko jeszcze stracone.
Nigdy nie jest. A jak ktokolwiek ci powie inaczej — daj mu w ryj. Pozwalam.

Nie wiem do końca, dlaczego przez całe swoje życie próbowałam się zamknąć w szufladce z wielkim napisem REALIŚCI. Zawsze wydawało mi się, że bycie realistą to najmądrzejsze podejście ze wszystkich dostępnych opcji. I naprawdę nie wiem też, dlaczego ten cały realizm stawiałam zaraz obok pesymizmu, kiedy okazuje się, że to wcale tak nie działa. Dobra, tak naprawdę punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a jak się siedzi w wiadomościach o pożarach, kradzieżach i morderstwach, a potem w towarzystwie toksycznych i negatywnych osób, to ten punkt widzenia faktycznie można tylko o kant wiecie czego potłuc. No więc siedziałam. Co prawda nie w wiadomościach ani nie w towarzystwie toksycznych ludzi, ale we własnym umyśle, który nie do końca udało mi się zaprogramować tak, jakbym chciała. Istnieje jeszcze opcja, że oprogramowanie jest lewe i zawirusowane od samego początku, ale wszyscy doskonale wiemy, dlaczego to nie wchodzi w grę.

Unsplash | Jong Marshes

Albo inaczej. Dość prosty i często używany przykład. Przyjmijmy, że jest kran w moim domu, który notorycznie się psuje, doprowadzając mnie tym samym do białej gorączki. A ja, z tą białą gorączką, próbuję usilnie naprawić ten kran. Szukam problemu tam, gdzie go nie ma — bo go nie ma w kranie, tylko w rurach, do cholery. W układzie, dzięki któremu ten kran w ogóle funkcjonuje. Niejeden hydraulik spojrzałby na mnie i powiedział, że chyba się z głupim widziałam. W tym przykładzie hydraulik jest właśnie osobą, która od samego początku wie, gdzie tak naprawdę tkwi problem. Wie, że to nie jest oczywista oczywistość i gdy zepsuje się kran, to on wcale nie jest źródłem problemu. Problemu trzeba szukać gdzie indziej, w tym przypadku głębiej. I tak samo jest z życiem.
 
Przez (prawie) cały ubiegły rok szukałam tego źródła problemu. Szukałam go w moim kalendarzu, który świecił pustkami, szukałam go w otaczających mnie ludziach, w muzyce, której słuchałam i mnóstwie innych rzeczy. Jak nietrudno się domyślić, źródła problemu nie znalazłam. I to mnie strasznie smuciło, podcinało mi skrzydła. A przy tym wszystkim robiłam coś, za co dziś najchętniej rozbiłabym sobie na głowie jakiś wazon albo inne krzesło.
Złościłam się na rzeczy, na które nie miałam najmniejszego wpływu.

A jakby tego było mało, próbowałam je zmienić, jakkolwiek na nie wpłynąć. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Ale wiesz co? Nie żałuję. Taka sytuacja sprawiła, że dziś już wiem, jak powinnam podchodzić do rzeczy, których nie mogę kontrolować i nie próbuję tego robić. A przynajmniej za każdym razem, gdy mój mózg myśli, że może, to przypominam mu, że chyba jednak nie. To trudne — jako ludzie, bardzo często szukamy czegoś, na co możemy zrzucić winę, zamiast nieść ją cierpliwie na swoich barkach. Bo po co się męczyć? Tylko szaleniec dobrowolnie by się męczył, no nie? No, nie. Nie do końca dobrowolnie. I nie do końca męczył.

Będę się powtarzać i tak, jak powiedziałam to poprzednim tekście, tak powiem to również w tym — punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeżeli uznasz, że ten deszcz i słaba pogoda to na pewno próba świata, aby zrobić ci na złość, to owszem, będziesz się przez tę słabą pogodę męczyć. Ale jeżeli od samego początku spojrzysz na to, jak… No, jak po prostu na słabą pogodę, na którą nie masz przecież najmniejszego wpływu, to po prostu dalej będziesz sobie żyć bez poczucia, że o nie, to tak specjalnie, żebym był smutny. Bitch please.

Dlatego teraz za każdym razem, gdy coś idzie do diabła, zadaję sobie pytanie: czy to rzeczywiście przeze mnie, czy może jednak nie. Jasne, całkiem sporo rzeczy pójdzie do diabła z mojej winy. Ale równie wiele z nich po prostu… pójdzie do diabła. I tyle. Bez mojej ingerencji. Bo tak działa świat. I tak będzie działać świat.

Teraz zapytasz pewnie — no a co jeżeli coś faktycznie poszło do diabła przeze mnie?

Oh boy. Ja naprawdę nie chcę zabrzmieć okrutnie, ale prawda jest taka, że w takiej sytuacji należy grzecznie wziąć swój krzyż i zamknąć mordę. Żeby nie było — ja też nie uśmiecham się na myśl takiej wizji siebie. Ale czasem po prostu coś się stanie wyłącznie z naszej winy, bo mamy na to coś wpływ i po prostu, najzwyczajniej w świecie, spieprzyliśmy sprawę. Jak ja z tym blogiem na przykład. Owszem, w przeszłości zadziało się kilka rzeczy, na które nie miałam wpływu, a które ostatecznie miały wpływ na tego bloga, ale… Jakby ci to… Miałam wpływ na to, jak na nie zareaguję. Nasze życie nie jest wynikiem tego, co się w nim dzieje, tylko tego, jak my na to wszystko ostatecznie reagujemy. A ja zareagowałam tak, że postanowiłam usiąść i narzekać, zamiast robić swoje. Słaba reakcja, nie? Wiem o tym. Dlatego dziękuję sobie za to, bo dzięki temu nauczyłam się jednego: jak jest źle, to bardzo dobrze, że jest źle, bo to znaczy, że może być tylko lepiej.

I oby było jeszcze lepiej.

M.