filmy i seriale

Co ja sobie robię, czyli recenzja filmu 365 dni

Jaki kraj, taki Grey. A nie, czekaj, to nie tak szło. Cholera, już na początku wchodzę na bardzo niepewny grunt, ale powiem Ci, że cały ten tekst równie dobrze mogłabym pisać z dupą na wulkanie i czułabym się dokładnie tak samo. Nie mam zielonego pojęcia, w którym momencie tak się w tym wulkanie zagotuje, że wybuchnie. A ja wybuchnę razem z nim. Tak, postanowiłam zrecenzować film 365 dni. Film o seksie, który zaczyna się motywem z Króla Lwa, kiedy Mufasa mówi Simbie: kiedyś to wszystko będzie twoje. Tyle że tutaj Simbą jest Don Massimo Torricelli, Mufasą jego ojciec, a sam film jest nieporównywalnie gorszy i słabszy od Króla Lwa.

Zanim przejdę do pełnoprawnej recenzji, chciałabym, abyśmy na początku wytłumaczyli sobie coś bardzo ważnego. Nie czytałam żadnej książki (tak, jest ich więcej, chociaż do momentu pisania tego zdania nie miałam pojęcia, że 365 dni to tak naprawdę trylogia i chyba trochę umarłam w środku) Blanki Lipińskiej. Można powiedzieć, że mam traumę po przeczytaniu Pięćdziesięciu Twarzy Greya autorstwa E.L. James. Co ważniejsze, wcale nie uważam, że 365 dni samo w sobie jest jakąś totalną porażką. Były momenty, w których żarty naprawdę były śmieszne, a niektóre sytuacje były naprawdę poważne. Tyle że do tego potrzeba mikroskopu — kiedy jednak już się od tego mikroskopu odsunę, to widzę wielką drewnianą kłodę.

Swoją drogą, tango argentyńskie w tym filmie to chyba jedyna rzecz, która głównym aktorom naprawdę — tak totalnie serio — wyszła.

Zaczyna się wprawdzie naprawdę normalnie — jest jakaś mafia, starzy panowie gadający w innym języku (najprawdopodobniej o pieniądzach), jest całkiem przystojny facet z naprawdę dobrze wyglądającym zarostem i idealnie krojonej koszuli, ja nie mam najmniejszego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, a potem mam zawał serca, bo spokojną (i równie nudnawą) rozmowę ojca z synem przerywa strzał. Ojciec umiera, syn żyje, później jakieś gadanie o majątku. Massimo zostaje szefem rodziny mafijnej i do gry wchodzi tak zwany polish worker accent, czyli bardzo typowy polski akcent podczas mówienia po angielsku. 365 dni to bowiem film polski, tyle że z Włochem w jednej z głównych ról — a dokładniej z Michele Morrone, na którego mogliście wpaść w moim poprzednim tekście Muzyka Miesiąca #2: luty 2020, gdzie na dziesiątym miejscu znalazł się album Dark Room wykonany właśnie przez Morrone. Głos ma naprawdę dobry, talent aktorski na pewno większy, niż cała reszta obsady filmu razem wzięta (co wcale nie oznacza, że to jest jakiś wyjątkowo dobry aktor), no i naprawdę przyjemnie się na niego patrzy — chociaż to akurat zależy od osobistych preferencji. (Ja tak po prostu mam, jak widzę brody.) Podobnie zresztą jest z drugą główną bohaterką, czyli Laurą Biel, graną przez Annę-Marię Sieklucką. Bardzo ładna, atrakcyjna kobieta, tyle że kompletnie pozbawiona umiejętności aktorskich. No dobra, może nie kompletnie, bo widziałam znacznie gorsze wystąpienia w Ukrytej prawdzie. No i, jak każdy chyba w filmach, Sieklucka miewa naprawdę dobre momenty, kiedy rzeczywiście mnie rozbawiła lub zasmuciła. Co ciekawe, przenigdy nie spodziewałabym się, że zobaczę w tego typu filmie Nataszę Urbańską. Okej, kiedy pojawiła się w nim po raz pierwszy (i jedyny, jeśli pamięć mi nie szwankuje), to do momentu ściągnięcia maski (pojawiła się na karnawale) dałabym sobie rękę uciąć, że to Doda. Serio. Muszę jednak pogratulować twórcom 365 dni odwagi, ponieważ zdecydowali się wybrać aktorów, których większość ludzi najprawdopodobniej nie zna. Ja sama poznałam tylko jedno nazwisko, należące już do wspomnianej pani Nataszy. Co ciekawe, największą sympatię wzbudziła we mnie para stylistów, którzy pojawili się w jednej scenie i tyle — była to chyba najlepsza scena całego filmu w mojej opinii. Ba, kiedy przeczesałam internety i dowiedziałam się, że panowie w realnym świecie również są parą (w filmie również nią są, a przynajmniej tak wyglądają), to sprawdziłam raz jeszcze, czy to aby na pewno POLSKI film promuje HOMOSEKSUALIZM (musiałam, przepraszam, już nie będę). 

Wracając jednak do historii — szef mafii porywa kobietę, którą pięć lat wcześniej zobaczył w postaci anioła po tym, jak został postrzelony, i daje jej 365 dni na pokochanie go. Wiem, wiem, jak to brzmi. Tylko że ja tak na serio. Moja pierwsza myśl po poznaniu całej tej historii była taka, że w sumie to nie wiem, czy popełniłam błąd już wtedy, kiedy w ogóle ten film obejrzałam, czy może wtedy, kiedy postanowiłam, że go zrecenzuję. Naprawdę, kurwa, nie wiem i najprawdopodobniej nigdy się nie dowiem. Nie wiem też, dlaczego od samego początku Massimo nieustannie powtarza, że niczego nie zrobi bez zgody Laury, po czym chwyta ją za szyję i mówi, że jednak to on sobie weźmie to, co chce, kiedy będzie chciał. Nie wiem, czemu nagle w dłoni kobiety pojawia się broń, ona wcale nie naciska tego pieprzonego spustu (dobra, musiałabym w sumie zacząć od tego, że tak, jak Laura trzyma broń, to ja trzymałam kiedyś zabawkowego NERF-a na wodę, gdy za dzieciaka jeszcze można było wyjść z domu), a później znów staje się ofiarą przemocy, po czym grzecznie (ale koniecznie z odsłaniającym co nieco szlafroczkiem) idzie do pokoju z jakimś przydupasem Massimo, jak gdyby nigdy nic. Zasadniczo wszystkie tego typu sceny wyglądają sztucznie i trochę tak, jakby twórcy nie do końca wiedzieli, czy ta Laura to w sumie chce tego swojego porywacza, czy nie. Ona sama zresztą nie wie.

Bo wiecie, 365 dni od Pięćdziesięciu Twarzy Greya różni się tym, że promuje kulturę gwałtu, a jego główna bohaterka najzwyczajniej w świecie ma syndrom sztokholmski. Ewentualnie jest po prostu pojebana lub tak bardzo niespełniona zarówno życiowo, jak i seksualnie, że desperacja zaczęła karmić się jej szarymi komórkami, a ich właścicielka stwierdziła, że ten porywacz to jednak fajny jest. Ja wiem, że Massimo przystojny i w ogóle, ale przecież ją porwał, do cholery. A no tak, nie miał złych intencji, on po prostu jest samotnym i smutnym mopsem, który potrzebuje kogoś, kto pokocha go dokładnie takim, jaki jest. Do diabła z tym, że niezliczoną ilość razy stosuje się do przemocy, gróźb i innych tego typu piekielnie romantycznych gestów. Do diabła z tym, że zaraz po porwaniu Laura została pozbawiona telefonu i laptopa, aby na pewno nie mogła dać znać rodzinie, że została porwana — czego, tak czy siak, by nie zrobiła, bo to miałoby wówczas sens i nie pasowałoby to całej reszty filmu. A już najbardziej nie pasuje do niego scena z Nataszą Urbańską, która w 365 dniach gra byłą Massimo, Annę. No więc Anna zjawia się znikąd na balu karnawałowym, komentując zakończony właśnie ociekający seksem taniec Laury oraz jej porywacza, mówiąc, że w sumie to ta nowa wybranka jej byłego jest dość słaba i że tak właściwie to ją zabije. To po prostu nie ma żadnego sensu. Ewentualnie to ja zapomniałam przed rozpoczęciem seansu otworzyć wina lub wciągnąć kreskę.

Później mamy jeszcze lepszą scenę zakupów (zakupy, prysznice i seks to rzeczy przedłużane w tym filmie bardziej, niż moje deadline’y), pod której koniec Laura sprawdza, jak wygląda w pewnej bardzo seksownej bieliźnie, Massimo wchodzi bezpardonowo do przebieralni, gapi się jak sroka w gnat, Biel mówi, że ma wyjść, bo jak nie to — to co?, pyta nasz gangster. Bo nigdy więcej tego nie zobaczysz. Ależ zwrot akcji! Massimo w tym momencie robi bardzo groźną i złą minę, łapie kobietę stanowczo za szyję, przyciska do lustra i mówi, że on to sobie wybrał i on będzie decydować, kiedy to widzi. Ach, to pożądanie i przedmiotowe traktowanie drugiej osoby.

No i jak tu się oprzeć tak dobrze zbudowanemu i niezrównoważonemu psychicznie gangsterowi z wielkim portretem samego siebie wiszącym tuż przed łóżkiem?

Kolejna rzecz, która odróżnia 365 dni od Pięćdziesięciu Twarzy Greya to kompletnie pozbawieni jakiegokolwiek ducha bohaterowie. Bo wiecie, w drugim dziele mieliśmy przynajmniej do czynienia z jakimiś historiami z przeszłości, z facetem, który wiedział, że ma problem i nie postanowił z tego powodu porywać obcej kobiety, uznając ją wcześniej za anioła. Jedyne co, to Laura w moich oczach wypadła lepiej, aniżeli Anastazja, której twarz wyglądała dokładnie tak samo we wszystkich częściach. Inna sprawa, że Biel wciąż zdaje się cierpieć na chorobę dwubiegunową, bo w jednym momencie (swoją drogą, siedząc związana w samolocie) grozi jebanemu makaroniarzowi zrobieniem jazdy, a w drugim nawet nie wyraża żadnego sprzeciwu, kiedy ten jebany makaroniarz wkłada jej rączkę w majtki i mówi, że na przyjemność musi sobie zasłużyć.

To nie koniec, bo jakiś czas po scenie w samolocie Laura ląduje w pokoju stylizowanym na Pięćdziesiąt Twarzy Greya, nagle zostaje siłą — powtarzam, siłą i wbrew swojej woli, informując Massimo, żeby poszedł się pierdolić, bo ona chce wyjść — przykuta do łóżka, ten mówi jej, że zaraz zobaczy, co traci, Laurze w odpowiedzi znów zsuwa się szlafroczek z piersi, po czym nasz gangster zaprasza do pokoju inną kobietę, aby ta — w ramach pokazania Laurze tego, co traci — zrobiła mu dobrze. A najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że cała scena odbywa się przed ogromnym portretem Massimo z lwem. Jeszcze śmieszniejsza jest z kolei scena przed lotem, kiedy dwójka głównych bohaterów ląduje pod prysznicem. Laura oczywiście bardzo wymownie spogląda na krocze swojego porywacza, a ten podchodzi do niej, zadaje iście błyskotliwe pytanie: dlaczego na niego patrzyłaś?, po czym jego inteligencja dosłownie zwala mnie z nóg, gdy słyszę: chcesz go dotknąć? — w tej scenie bardzo przykry jest fakt, że jej celem wcale nie jest rozśmieszenie widza, a ja… No, sami wiecie, co zrobiłam.

A że karuzela dopiero się zaczęła rozkręcać, lądujemy w klubie. Laura ubiera się bardzo wyzywająco, tańczy na rurze, jakiś randomowy typ się do niej przypierdala i mówi jej, że ją zgwałci, wchodzi nasz ulubiony gangster i wyciąga dwie bronie, wywołując wojnę pomiędzy dwoma mafiami — tej wojny nigdy jednak nie zobaczyliśmy, ale uznajmy, że wystarczy uwierzyć twórcom na słowo. Później teleportujemy się na jacht (w tym filmie jest w ogóle bardzo dużo teleportacji), gdzie Massimo kłóci się ze swoim przydupasem Mario, który najwyraźniej sam ma już serdecznie dość kompletnego braku sensu w tym, w czym właśnie gra. Laura przychodzi, przeprasza, po dwóch sekundach się obraża, bo Massimo uważa, że to przecież jej wina, że koleś chciał ją zgwałcić, bo go sprowokowała (tu się we mnie tak zagotowało, że musiałam przerwać wspaniały seans i odreagować przy grze w Destiny 2). Potem film przechodzi już samego siebie, bo ja go odpauzowuję, Laura nagle spada z jachtu (chyba ją zmroziło przy tym, bo Massimo równie dobrze mógłby wrzucić kłodę do wody i efekt byłby taki sam), nasz dzielny i szlachetny porywacz bez zastanowienia wyskakuje w powietrze i nurkuje, po czym pomaga Laurze dopłynąć z powrotem do jachtu, bierze ją na ręce, jakby zaraz mieli przekroczyć próg i scena się urywa. Teleportujemy się więc do łóżka, w którym Biel z jakiegoś powodu leży bez stanika. O tym, że go nie ma, dowiadujemy się po chwili. Massimo znów daje pokaz swojej niestabilności emocjonalnej i psychicznej, mówiąc, że naprawdę bardzo nie chce jej stracić, ale chciałby ją też zabić za to, co wyczyniała. Laura wspaniałomyślnie stwierdza: uratowałeś mnie, po czym film częstuje nas odpowiedzią na odwieczne pytanie, które spędzało sen z powiek nawet największym filozofom: czy Biel wreszcie pójdzie ze swoim porywaczem do łóżka? Podpowiem, bo wiem, że to trudniejsze od niejednego problemu matematycznego: poszła.

Jeśli zastanawiasz się, co tutaj robisz i dlaczego czytasz nawet podpisy do zdjęć z filmu 365 dni, to pozwól, że oszczędzę Ci myślenia: wszyscy jesteśmy skrycie masochistami.

Dobra, może już zacznę powoli dopływać do brzegu. 365 dni to film zły w prawie każdym możliwym tego słowa znaczeniu. To film, który nigdy nie powinien mieć miejsca, a jeśli już musiałby je mieć, to chociaż nie powinien promować molestowania seksualnego i przemocy (nawet, jeśli kobieta nie mówi na głos, że czegoś nie chce, to wcale nie oznacza automatycznie, że tego chce). Powiedziałam, że w prawie każdym znaczeniu, bo sama w sobie produkcja jest dość ładna — miłe widoczki i takie tam. Scena z argentyńskim tango też się udała i właściwie, jeśli już mam wystawić tej produkcji ocenę to… Jeden punkt za naprawdę pogodną i przyjemną scenę z dwoma stylistami, a drugi za to nieszczęsne tango. Czyli:

Bardzo naciągane

Jeśli natomiast planowałeś obejrzeć ten film i zastanawiałeś się, czy nie zrobić tego tylko dlatego, żeby wiedzieć, dlaczego wszyscy go oglądali: teraz już wiesz i nie musisz tego robić. Ja straciłam prawie dwie godziny swojego życia — ostatecznie oczywiście nie żałuję, bo mogłam się na ten temat wypowiedzieć, napisać dla Ciebie tekst i przypomnieć, że erotyka naprawdę nie powinna tak wyglądać.

M.