produktywność

Kwietniu, błagam Cię — weź się zlituj

Marzec za nami. Wbrew pozorom, był to dla mnie jeden z najbardziej pracowitych miesięcy od bardzo dawna. Tyle że skupiłam się głównie na, no, właśnie pracy, a blog siłą rzeczy do tej kategorii nie należy. Krótko mówiąc, stało się dokładnie to, co zapewne większość z Was (wliczając w to mnie samą) przewidziała — znów bardzo dużo mówiłam, a znacznie mniej zrobiłam. I choć bardzo chciałabym zrzucić wszystko na wybuch epidemii koronawirusa, na cięższe warunki, na ogrom rzeczy do zrobienia, które nie mają nic wspólnego z blogowaniem… Oczywiście, że tego nie zrobię. Bo prawda jest taka, że marzec był świetny, po prostu niekoniecznie w tym sensie, w którym pierwotnie zakładałam, że będzie. Prawda jest taka, że w ciągu jednego miesiąca zrobiłam więcej, niż kilka lat temu zrobiłabym w ciągu roku. Prawda jest taka, że są postępy — niekoniecznie widoczne gołym okiem. Bo te postępy przede wszystkim zaszły we mnie, a dokładniej — w mojej głowie.

Dlaczego, jak i kiedy, czyli moje Trzy Poziomy.

Pamiętacie mój niby—pierwszy tekst? Pisałam w nim, na samym końcu, o tym, że w jakąś niedzielę miałam opublikować artykuł pod tytułem Dlaczego, jak i kiedy, czyli moje Trzy Poziomy. Jak nietrudno zauważyć, takowy tekst nigdy nie powstał i nie został opublikowany, ale to akurat nic dziwnego w moim przypadku, nie? Obietnice, obietnice i jeszcze raz nic nie warte obietnice. Strasznie mnie to wkurwia, jeśli mam być szczera. Po prostu za cholerę nie potrafię zrozumieć tego dziwacznego mechanizmu — kiedy rzeczywiście robię rzeczy, skreślam kolejne zadania ze swojej listy, faktycznie pracuję zamiast leżeć jak kłoda na łóżku i tępo gapić się w sufit, czuję się najzwyczajniej w świecie dobrze. Lepiej, niż kiedy marnuję czas. No, kurwa, logiczne, nie? Kto by się spodziewał! A jednak, z jakiegoś powodu, często jest właśnie tak, że wolę drugą opcję. I w sumie, tak totalnie na serio, to ma to sens. Oglądałam niedawno film na kanale Better Ideas  jeśli język angielski nie jest dla Ciebie problemem, to zapraszam tutaj. Chodzi o to, że strefa komfortu w miażdżącej większości przypadków nas niszczy.

Być może teraz czytelnicy niektórzy rzucą się na mnie z oburzeniem, bo przecież wyjdź ze swojej strefy komfrotu to najgłupsza rada, która wyjść może jedynie z ust pseudo-motywacyjnego coacha à la Arturo Román z Domu z papieru. (A jak ktoś nie wie, o co chodzi, Arturo Román to jedna z najbardziej wkurwiających postaci, jakie kiedykolwiek spotkałam w serialu.) I żeby nie było, że się nie zrozumieliśmy — w żadnym wypadku nie sugeruję, że strefa komfrotu absolutnie zawsze jest zła. Skądże! Ba, zanim przejdziemy dalej, polecam zapoznać się z tekstem Andrzeja Tucholskiego pod tytułem Kocham moją strefę komfortu, gdzie możecie spojrzeć na całą sytuacją z zupełnie innej, równie mądrej perspektywy. Moja jest w dużej mierze podobna.

Strefa komfortu jest dokładnie taka, jaka być powinna — komfortowa. (Wiem, genialne.) Nasz mózg wrzuca do niej rzeczy, które są dla nas proste i przyjemne. We wspomnianym wcześniej filmie jako przykład użyto jazdę samochodem — nie wymaga ona od nas praktycznie żadnego poświęcenia, nie jest czymś niezwykle trudnym do wykonania i po pewnym czasie staje się czynnością, którą wykonujemy z automatu i nie mamy z tym żadnego problemu. To samo tyczy się, w moim przypadku na przykład, grania w gry. Nie mam problemu z tym, żeby w dowolnej chwili usiąść i zacząć grać w grę, bo to jest po prostu przyjemne. Nie mam również problemy z tym, żeby schować się pod kocyk i obejrzeć czwartą część Domu z papieru, rozpoczynając o północy i kończąc chwilę przed ósmą rano (tak było). To są rzeczy znajdujące się w obszarze strefy komfortu. Poza nią mamy na przykład wyrabianie dziennego minimum w pracy, kiedy mam ochotę wyłącznie na to, co jest w środku strefy. Poza nią jest również wejście na rower stacjonarny i przejechanie chociażby pięciu kilometrów. Poza nią są desperackie próby trzymania się schematu 16:8 i nietykanie jedzenia przez szesnaście godzin w ciągu dnia. Myślisz: dobra, wszystko zajebiście, ale po cholerę mi to mówisz? Już tłumaczę.

Będziemy pracować razem i zaczniemy od początku.

A teraz pewnie myślisz sobie: czego ty ode mnie, kuźwa, chcesz? W praktyce absolutnie niczego. W teorii, jeśli tylko masz ochotę na współpracę, proponuję pewien plan. Jesteś za? Ekstra! Zaczniemy więc od podzielenia wszystkiego, co robimy na rzeczy znajdujące się w strefie komfrotu i rzeczy znajdujące się poza nią. Dla mnie w strefie komfortu znajdują się: sen, jedzenie, granie w gry, oglądanie filmów i seriali, ignorowanie porannego budzika, chodzenie spać o późniejszej porze, niż by wypadało, przeglądanie social mediów. Na ten moment nie mogę wpaść na nic innego. A teraz ważna rzecz — jeśli chodzi o rzeczy znajdujące się poza strefą komfortu, biorę pod uwagę te, które chciałabym robić znacznie częściej, bo doskonale wiem, że są dla mnie dobre, ale niekoniecznie wygodne. Więc, poza strefą komfortu znajdują się: pisanie (od razu rozwieję wszelkie wątpliwości — chodzi mi tutaj o pierwsze pół godziny, gdy rzeczywiście muszę usiąść o zacząć pisać i przestać wmawiać sobie, że nie mam weny), wszelkiego rodzaju ćwiczenia fizyczne (bo najzwyczajniej w świecie jestem leniwym ziemniakiem i nie chce mi się ruszyć tyłka), sprzątanie (ktoś to lubi w ogóle?), wstawanie przed 9:00, trzymanie się ustalonego na dany dzień planu (szczególnie rano).

Krótko mówiąc, choć uważam, że strefa komfortu w żadnym wypadku nie jest zła, tak znam siebie i na mnie to po prostu nie działa w ten sposób. W odróżnieniu od słów Andrzeja we wspomnianym tekście, ja praktycznie niczego nie osiągnęłam siedząc w swojej strefie komfrotu. Ba, przecież ten blog rozpoczął swój żywot tylko dlatego, że wreszcie postanowiłam z tej strefy wyjść. Znacznie łatwiej było mi produkować się z radością i zapałem, by później wszystko grzecznie chować do szuflady, nie musząc martwić się, czy na pewno to się komukolwiek spodoba, czy może jest źle napisane, czy… No, wiecie, o co chodzi. Weźmy na przykład moją wagę — przytyłam ponad dwadzieścia kilogramów (nie, nie wstydzę się o tym mówić), bo wolałam siedzieć w swojej strefie komfortu i codziennie przekładać ćwiczenia na jutro, bo to, albo tamto, albo sramto. Bo zła pogoda, bo boli brzuch, bo boli głowa, bo muszę jeszcze dokończyć tekst do pracy, bo już za późno jest, bo jutro trzeba wstać wcześniej, bo nie mam sprzętu, bo… Też wiecie, o co chodzi.

To właśnie z tymi ćwiczeniami jest najgorzej. Zwłaszcza teraz. Teraz, gdy wyjście na dwór równa się z ryzykiem otrzymania mandatu, gdy przejażdżka rowerem jest niemożliwa, bo z jakiegoś powodu zamknięto lasy i parki. Teraz, gdy nagle zrozumiałam, że siłownia znajdująca się niecałe pięć minut od domu to prawdziwy skarb. Teraz, gdy człowiek najchętniej położyłby się spać i obudził dopiero, kiedy będzie już po wszystkim. Zresztą, to samo jest ze wszystkim innym — nasz mózg jest na tyle chamski, że jedyne, o czym potrafi teraz myśleć to wiosna, coraz ładniejsza pogoda za oknem i genialne imprezy sprzed dwóch miesięcy, kiedy gdyby ktoś powiedział ci, że w marcu nie będziesz mógł wyjść z domu, bo gdzieś jakiś człowiek na świecie zjadł nietoperza (proszę, potraktujecie to zdanie z dystansem), to byś się zakrztusił drinkiem przez śmiech.

A skoro już wszyscy wiemy, że efekt motyla potrafi być skurwysynem, to przejdźmy do tego, na co mamy wpływ. Czy mam wpływ na to, że siłownie są zamknięte? Nie. Czy mam wpływ na to, że zamknięte są również parki? Nie. Czy mam wpływ na to, ile jest zarażonych w moim kraju? Nie. Czy mam wpływ na to, że ich liczba z każdym dniem rośnie? Tak. Zatrzymajmy się — jaki, do diabła wpływ? Ano taki, że mogę zostać w domu, myć regularnie i często ręce, zasłaniać usta podczas kaszlu. Czy mam wpływ na to, że za oknem jest zła pogoda? Nie. Czy mam wpływ to, jak wyglądam? Tak. Czy mam wpływ na to, jak wygląda mój dzień? I tak, i nie. Zależy. Myślę jednak, że wiesz, o co mi chodzi. Chociaż z natury jestem bardzo emocjonalnym, a nawet impulsywnym człowiekiem, tak uważam, że naprawdę jesteśmy w stanie kontrolować własne emocje.

Okej, nie mamy za bardzo wpływu na to, że stało się coś złego, ale mamy wpływ na to, jak na daną rzecz zareagujemy. Nie mówię, że mamy klaskać z radości, gdy dowiemy się, że ktoś z rodziny miał wypadek, czy wzruszamy ramionami, gdy dowiadujemy się o czyjejś śmierci. Sama dobrze wiem, że to tak nie działa. Chodzi mi bardziej o sytuację, gdy włączamy wiadomości i dowiadujemy się, że przepisy zostały zaostrzone jeszcze bardziej, a my prawdopodobnie jesteśmy uziemieni w domu do końca czerwca — możemy albo wpaść w szał i stwierdzić, że nikt nie może nam mówić, jak żyć, po czym urządzić sobie piknik w zamkniętym parku, zachować się jak debil i złamać prawo. Uwierzcie mi, że na pewno się tacy znajdą. Ale możemy również pomyśleć: okej, jest słabo, ale musimy to przeczekać grzecznie w domu i nie narażać ani innych, ani tym bardziej siebie.

W końcu wszystko będzie okej.

Jaki jest cel tego tekstu? Piszę go oczywiście głównie dla siebie, aczkolwiek mam nadzieję, że nieco zmienię pogląd na obecną sytuację chociaż u jednej osoby. Coby jednak nie przedłużać — od siebie mogę jedynie zapewnić, iż postaram się umilić nam wszystkim czas siedzenia w domu i więcej pisać. Kto wie, może teksty będą pojawiać się z większą częstotliwością aniżeli jeden na osiem miesięcy. Kto wie, może nawet się zaprę i jeszcze w tym tygodniu opublikuję kolejny. 

Moje plany na kwiecień? Będziemy pracować razem — dzisiaj zaczęliśmy od początku, niedługo przejdziemy dalej. Ustalimy swoje cele i będziemy do nich dążyć. W domu. Da się, oczywiście, że się da.

Tak czy siak — wszystko będzie okej. Zobaczysz. 

M.