muzyka

Muzyka Miesiąca #2: luty 2020

Jak zwykle lekkie opóźnienie, ale oto jest — przed Tobą kolejny artykuł z serii Muzyka Miesiąca, tym razem oczywiście dotyczący moich ulubionych albumów muzycznych z lutego. Zanim jednak przejdę do konkretów, zainteresowanych lub chcących znaleźć coś do posłuchania zapraszam na mój profil na Last.fm, gdzie dowiesz się dokładnie, czego słucham, kiedy słucham i ile słucham. A teraz, ruszajmy!

#10: Michele Morrone Dark Room

W SKRÓCIE:

  • wpadłam na ten album przypakiem, posłuchałam i stwierdziłam: okej, całkiem wulgarny, ale w sumie to naprawdę spoko
  • po dwóch dniach zaczęłam myśleć, że skądś tego gościa kojarzę, na bank gdzieś go widziałam ostatnio
  • aż wreszcie zorientowałam się, że to jest ten aktor z tego durnego filmu 365 dni
  • później dowiedziałam się również, że słucham soundtracku do tego durnego filmu
  • do dzisiaj nie wiem, jak się z tym wszystkim powinnam czuć

Na pierwszy ogień najtrudniejszy orzech do zgryzienia. No więc zacznijmy od tego, że Dark Room to album pana Michele Morrone, który gra Massimo w filmie 365 dni. Mam jednak wytłumaczenie — gdy zaczęłam tego słuchać, nie miałam najmniejszego pojęcia, że słucham piosenek ze wspomnianego filmu. To, że tym filmem gardzę i najchętniej zapytałabym producenta, jakim, kurwa, prawem ktokolwiek pozwolił na ekranizację książki pani Blanki Lipińskiej. A wcześniej zapytałabym jeszcze panią Lipińską, co miała w głowie, gdy tworzyła 365 dni. Ale o tym będzie w recenzji filmu — tak, napiszę ją. Tak, będzie bolało. Mnie najbardziej. Ale to całkiem poważna sprawa, wszystko wytłumaczę. Dzisiaj o muzyce. Wytłumaczmy sobie kolejną kwestię — Dark Room podoba mi się brzmienie. Ze słowami jest nieco gorzej, bo Morrone po prostu śpiewa o seksie. Żeby nie było, wcale nie uważam, że to coś złego, bo śpiewać można o wszystkim i seks nie jest niczym nadzwyczajnym — ba, jak się postarać, to może być ciekawym tematem. Tyle że w tym przypadku chodzi… no, po prostu o seks. Prymitywne pożądanie, które wielu określiłoby mianem zwierzęcego. Nic innego. Chociaż dobra, jest jeden wyjątek — utwór Hard For Me. Nie wiem, czy Morrone nie ma wyczucia, czy przypadkiem postanowił, że ta romantyczna ballada znajdzie się zaraz po piosence, w której słowa ograniczają się do: kill me, lie me, curse me, do it one more again, drink me, freak me, hate me, as you never before, love me, pray me, break me, make an effort yourself, wash me, hold me, fuck me. A potem wszystko jest powtórzone i koniec utworu. Nie postarałeś się, panie Morrone. Co nie zmienia faktu, że gitara w utworze Drink Me brzmi świetnie. Ba, właściwie z każdym kawałkiem jest podobna sytuacja — słowa są proste, prymitywne, nic nie wnoszące do życia słuchacza, ale za to muzyka… Mam problem z tym albumem. Niepotrzebnie szukałam w internecie, kim jest jego autor. Widziałam film 365 dni, ba, przez jego większość zastanawiałam się, czemu twarz Massimo jest mi skądś znana, ale dopóki tego nie sprawdziłam, to nie wiedziałam. A teraz wiem. Eh.

#09: Grimes Miss Anthropocene

W SKRÓCIE:

  • Calire Boucher
  • 32 lata, urodzona w Vancouver
  • co ciekawe, jej rodowód jest francuski, włoski, ukraiński oraz metyski (nie mam zielonego pojęcia, czy to była poprawna odmiana, aczkolwiek Metys to osoba mająca część indiańskiej krwi — bez względu na pochodzenie indiańskiego przodka, przynależność państwową czy narodową)
  • rozpoczęła tworzenie muzyki pod pseudonimem Grimes jeszcze w 2007 roku

Tak naprawdę Claire Boucher, znana pod pseudonimem Grimes — jest kanadyjską piosenkarką, kompozytorką, producentką muzyczną oraz, co ciekawe, artystką wizualną. Co ciekawe, jej przydomek artystyczny powstał za sprawą MySpace, gdzie kompletując swój profil musiała wybrać trzy gatunki muzyczne — w każdym polu wpisała muzykę grime, nie mając wówczas pojęcia, czym tak właściwie jest; teraz już oczywiście wie — grime to, jak informuje Wikipedia, muzyka bazująca na “połamanym” rytmie w tempie około 140 bpm i rapowaniuI chociaż powiedzieliśmy sobie, że przydomek artystyczny Boucher teoretycznie ma powiązanie właśnie z muzyką grime, tak dla mnie to niekoniecznie jest prawda. Większość utworów, które usłyszycie na krążku Miss Anthropocene to bardziej połączenie ambientu z elektronicznym popem. No, może z wyjątkiem New Gods, które jest typową balladą, akustycznego Delete Forever oraz niezwykle przyjemnego Before the Fever. Z tłumu wyróżnia się również 4ÆM, które łączy elektronikę z muzyką jungle. Do tego dochodzi bardzo hipnotyczne IDORU. Całość jest jednocześnie pełna bardzo wysokich, lekkich, a jednak pewnych wokaliz Grimes — niestroniącej w żadnym wypadku od tego, żeby popisać się swoimi umiejętnościami. A te posiada bez wątpienia. Zaraz obok doświadczenia, bowiem Miss Anthropocene to już piąty album artystki. Debiutanckim krążkiem był Geidi Primes, który został wydany w 2010 roku. W tym samym roku Boucher wydała swój drugi album, Halfaxa — niedługo po tym rozpoczęła publiczną promocję swojej twórczości jako Grimes i zaczęła dawać koncerty. Właściwie, zainteresowanym szczerze polecam przesłuchanie dwóch wspomnianych krążków, bo pozwalają spojrzeć na Miss Anthropocene z zupełnie innej perspektywy. Co nie zmienia faktu, że tak, jak już na samym początku muzyka Grimes była nietypowa i specyficzna, tak nadal jest nietypowa i specifyczna.

#08: HMLTD West of Eden

W SKRÓCIE:

  • zespół rockowy utworzony w 2015 roku, pochodzi z Londynu
  • piątka członków: główny wokalista Henry Spychalski, gitarzyści James Donovan oraz Duc Peterman, basista Nico Mohnblatt, perkusista Archilleas Sarantaris oraz keyboardzista Seth Evans
  • na samym początku zespół nazywał się… Happy Meal Ltd.
  • muzyka HMLTD jest porównywana do takich artystów, jak The Prodigy czy Peaches

Choć HMLTD to zespół, który, jak już sobie powiedzieliśmy obok, powstał w 2015 roku, tak swój pierwszy pełnoprawny album, czyli omawiane właśnie West of Eden, wydał w roku bieżącym, czyli po pięciu latach istnienia. I choć nie ma w tym nic dziwnego — ba, w branży muzycznej (i nie tylko) jest to naprawdę częsty przypadek, tak tutaj odrobinę mnie to zirytowało, bo… Muzyka HMLTD jest świetna. Niby trochę punkowa, trochę rockowa, mocno eksperymentalna i w sumie to dziwna, ale wciąż naprawdę świetna. Pomijam już nawet fakt, że sam zespół ma dość kontrowersyjną historię, bo ona mnie przecież nie interesuje — interesuje mnie West of Eden, czyli krążek, który, choć dla niektórych okaże się idealnej długości (lub nawet zbyt długi), tak dla mnie te prawie 50 minut słuchania to zdecydowanie za mało. West of Eden rozpoczyna się utworem o bardzo bezpośrednim tytule The West Is Dead. Cały album z kolei przedstawia portet cywilizacji, skupiając się przede wszystkim na męskości, aczkolwiek podejmowane są również tematy polityki czy ekologii. Jeśli jesteście wyjątkowo zainteresowani temat, to zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem, który przeprowadziła redakcja serwisu Soundrive. Wspomniana rozmowa pozwoli zrozumieć, o co mi chodziło, gdy wspomniałam o kontrowersyjności HMLTD — chłopacy mają bowiem naprawdę dyskusyjne poglądy. Oczywiście, to nie ma szczególnie dużego znaczenia, gdy chcemy po prostu posłuchać dobrej muzyki, bo West of Eden to, pomijając kwestię poglądową, dobry, solidny krążek, którego słucha się z przyjemnością. Oczywiście, z niektórymi rzeczami się zgadzam — zdaniem twórców na przykład ludzie powinni zatrzymać się w sercach, odnaleźć pewność siebie i uwierzyć w swój potencjał. Jednocześnie mamy tutaj do czynienia z pokoleniem artystów, którzy przekraczają granice zarówno w poglądach, jak i w swojej twórczości. I idzie im to naprawdę nieźle.

#07: Against All Logic 2017 - 2019

W SKRÓCIE:

  • dopiero po przesłuchaniu tego albumu po raz trzeci zorientowałam sie, że doskonale znam jego twórcę
  • Against All Logic (lub A.A.L.) jest bowiem pseudonimem, którym posługuje się Nicolas Jaar, jeden z moich ulubionych artystów tworzących muzykę eksperymentalną
  • Nicolas Jaar prócz bycia muzykiem (pochodzenia amerykańsko-chilijskiego!) założył niegdyś wytwórnię płytową Clown & Sunset, która została później zamknięta na rzecz nowo powstałej wytwórni Other People

Jak już mówiłam, do momentu przesłuchania 2017 – 2019 po raz trzeci nie wiedziałam, że słucham tego samego gościa, który wielokrotnie pomagał mi skupić się w nauce albo napisać cały artykuł na bloga za jednym posiedzeniem. 2017 – 2019 to jego czwarty album studyjny, tyle że wydany właśnie pod pseudonimem Against All Logic. Dwa lata temu, również jako Against All Logic, Jaar wypuścił jeszcze jeden album — 2012 – 2017. Niezależnie jednak od aliasu, muzyka Nicolasa zawsze ma ten sam klimat. Przede wszystkim jest więc bardzo (momentami dla niektórych aż za bardzo) dziwna. Momentami przypominająca raczej kakofonię dźwięków, rozbrzmiewających bez większego składu czy ładu — prawie zawsze jednak ta kakofonia zamienia się w zorganizowany rytm, z każdą kolejną sekundą nabierający coraz większego sensu. Tak jest również w przypadku 2017 – 2019, które zaczyna się utworem Fantasy.  Pierwsze piętnaście sekund to dokładnie to, o czym mówiłam — chaos. Potem wchodzą wokale, a utwór nabiera kształtu. Osobiście, mnie słucha się tego wszystkiego znakomicie, ale totalnie rozumiem, gdy ktoś, kto niekoniecznie przepada za muzyką eksperymentalną, włącza sobie taki krążek Against All Logic i zastanawia się, o co tutaj, do cholery, chodzi. Ja po prostu jestem człowiekiem, który po włączeniu takiego krążka Against All Logic pomyśli sobie: nie mam najmniejszego pojęcia, o co tutaj, do cholery, chodzi, ale zajebiście mi się to podoba. Każdy utwór z zupełnie innej parafii, równie dobrze ktoś mógłby rozstawić sobie największy możliwy zestaw garnków z IKEI i zacząć w nie napieprzać pałeczkami do jedzenia (utwór With an Addict) — tak, to dokładnie to. Właśnie dlatego uwielbiam muzykę Jaara. Tutaj już nawet nie chodzi o to, żeby doznawać olśnienia, bo najzwyczajniej w świecie nie ma za bardzo przy czym — brak tutaj dłuższego tekstu, sporadycznie pojawiają się jakieś wokale, monotematycznie powtarzające określone stwierdzenia… Tutaj chodzi o to, żeby się wsłuchać w rytm. W najdziwniejsze, wielokrotnie zupełnie nieznajome dźwięki, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o tak dobre brzmienie w towarzystwie innych dźwięków (równie dziwnych). To jest właśnie urok Nicolasa Jaara.

#06: Agnes Obel Myopia

W SKRÓCIE:

  • Agnes Caroline Thaarup Obel
  • 39 lat, urodzona w Kopenhadze
  • kontakt z muzyką ma od dziecka, urodziła w rodzinie o muzycznych korzeniach i najmłodszych lat uczyła się gry na fortepianie
  • co ciekawe, fotografem oraz reżyserem teledysków Obel jest jej mąż, Alex Brüel Flagstad
  • artystka przyznaje, że inspiruje się między innymi takimi twórcami, jak Roy Orbison, PJ Harvey, czy Joni Mitchell

Muzyka Agnes Obel zawsze potrafiła wzbudzić we mnie mnóstwo emocji. Zawsze wystarczyło, żeby w słuchawkach rozbrzmiało (mające już swoje) lata Riverside. Co ciekawe, zanim przesłuchałam najnowszy krążek artystki, postanowiłam przeprowadzić eksperyment — przesluchałam na spokojnie wspomniane Riverside i dopiero po tym przesiadłam się na album Myopia. Muszę przyznać jedno — jej muzyka w pewien sposób ewoluowała. Jasne, to wciąż jest bardzo podobny klimat, ale mam wrażenie, że… Może inaczej. Myopia rozpoczyna się utworem Camera’s Rolling, który, choć brzmi bardzo monotonnie, wywołał u mnie gęsią skórkę. Później rozbrzmiało Broken Sleep, już nieco bardziej dynamiczne i mniej bolesne, aczkolwiek wciąż klimatyczne. Pomijając muzykę, która z reguły ogranicza się głównie do przepięknych klawiszy, Agnes Obel zawsze potrafiła wyczyniać cuda swoim głosem. Delikatnym, a jednak pewnym siebie, łamiącym się, a jednak w pewien sposób niepokojącym. Camera’s Rolling to chyba w ogóle mój faworyt, jeśli chodzi o pojedyncze utwory z krążka. Krążka, którego jak już zacznę słuchać, to najprawdopodobniej go zapętlę — 39 minut to po prostu stanowczo za mało. Poza tym, muzyka Agnes Obel ma to do siebie, że utwory bardzo często łączą się w spójną całość, a przejście pomiędzy nimi po pewnym czasie przestaje w ogóle dla naszych uszu istnieć. Co ciekawe, myopia to również prawdziwe słowo, które oznacza krótkowzroczność. Obel z kolei tak właśnie określa swoje podejście do muzyki. Jak możemy przeczytać w recenzji serwisu Pitchfork, jako dziecko artystka wolała od pisania pamiętnika samotne stukanie w klawisze w sposób, który był tylko i wyłącznie jej sposobemMyopia to więc opowieść o pewnego rodzaju samotności, która zabiera słuchacza do świata, gdzie istnieje wyłącznie wokal zmieszany z dźwiękami pianina. I jest to naprawdę bardzo piękny świat.

#05: Bartek Królik Pan od muzyki

W SKRÓCIE:

  • 41 lat, urodzony w Gdańsku
  • człowiek orkiestra — muzyk, wokalista, kompozytor, producent muzyczny, aranżer, basista oraz wiolonczelista
  • prócz solowej kariery współtworzy zespół Spoken Love razem z Markiem Piotrowskim oraz duet producencki Plan B
  • to nie wszystko — od 2007 roku jest członkiem zespołu Łąki Łan, a od 2008 roku występuje również w zespole Agnieszki Chylińskiej
  • a wy wciąż wymówki typu nie mam czasu, nie?

Chociaż sama należę do osób, które znacznie bardziej naturalnie i komfortowo czują się podczas słuchania muzyki smutnej, aniżeli wesołej, tak muszę przyznać, że tej drugiej jest stanowczo za mało. Bartek Królik postanowił to zmienić — dzięki temu powstał album Pan od muzyki, idealny do posłuchania, kiedy mamy ochotę rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady, a potem przypominamy sobie, że przecież jest kwarantanna, a świat pustoszy pieprzony koronawirus. Pan od muzyki to idealny lek na tego rodzaju chwile. To krążek, który dosłownie pulsuje życiem, to przede wszystkim bardzo dużo różnych styli zmieszanych albo w jedno, albo poustawianych zaraz obok siebie. Znajdziecie tutaj typowy funk, R&B z elementami jazzu, a nawet pop — wszystko to zostaje połączone w niezwykle przyjemną, porywającą, taneczną całość. Najbardziej lubię podrygiwać do utworu Ten tłusty bit, którego tytuł mówi sam za siebie — razem z Więcej pary mogliby, jak to pięknie zostało ujęte w recenzji magazynu CGM.pl, wyrwać z kapci nawet umarlaka. Krótko mówiąc, Pan od muzyki to dokładnie to, czego wszyscy teraz potrzebujemy, ale nie mamy nawet o tym najmniejszego pojęcia. (Dokładnie tak, jak ja miałam z Animal Crossing: New Horizons.) Warto tutaj zacytować samego pana Bartka, który rozmawiał w radiowej Czwórce: Zabierałem się do tej płyty 40 lat, zawsze chciałem to zrobić, tylko ze względów ekonomicznych nie byłem w stanie. Musiałem za coś żyć, z czegoś się utrzymywać. Odnajdowałem się w produkcji dla Łąki Łan czy dla Agnieszki Chylińskiej, bo lubię wszystkie style muzyczne i lubię to robić. Przez długi czas byłem zamknięty na pisanie tekstów, nie wiedziałem o czym chcę pisać. Jakiś czas temu trafiłem do szpitala. Wydarzyło się w moim życiu parę historii przełomowych. Sprawiły one, że otworzyłem się na pisanie. Postanowiłem przekierować ten potencjał, urodzaj wieku średniego na pisanie. I przekierowałem go w coś konkretnego, czyli w ten album. Myślę, że to bardzo ładnie podsumowuje, czym mniej więcej jest Pan od muzyki — popuszczeniem wodzy fantazji utalentowanego człowieka.

#04: KARAŚ/ROGUCKI Ostatni Bastion Romantyzmu

W SKRÓCIE:

  • duet, którego nikt się nie spodziewał (no dobra, ja się nie spodziewałam), ale wszyscy go potrzebowali
  • efekt współpracy muzyków z zespołów The Dumplings i Coma, czyli naprawdę niezłe połączenie
  • a wszystko przez zawieszenie działalności Comy oraz przerwę The Dumplings

Najprościej byłoby teraz wkleić fragment notki prasowej przygotowanej przez wydawcę, na którą wpadłam w recenzji Ostatniego Bastionu Romantyzmu napisanej przez wspomniany już wcześniej magazyn CGM.pl: z pozoru karkołomne połączenie dwóch odmiennych wrażliwości i metryk dało harmonijny efekt w postaci wspólnego krążka. I tak to tutaj zostawić, przechodząc dalej. Nie jestem wprawdzie pewna, czy KARAŚ/ROGUCKI, pomimo bycia właśnie Karasiem oraz Roguckim, co samo w sobie zapewnia pewien poziom prestiżu i zupełnie inne spojrzenia ludzi z zewnątrz, takowy projekt będzie mieć wystarczającą siłę przebicia. Bo to na pewno nie jest ten rodzaj muzyki, którą usłyszycie przy codziennej kawie z radio ESKA czy coś w tym stylu (chociaż ja sama nie mam za bardzo pojęcia, co tak naprawdę leci w radio, bo nie słucham). Być może zauważyliście, ale aktualnie w muzyce trwa pewien trend, zwłaszcza w muzyce zagranicznej — wszyscy chcą brzmieć jak typowe lata 80., a już najlepiej, jak uda się idealnie odwzorować nieco syntezatorowy pop zmieszany z niewielką (aczkolwiek wystarczającą) nutką muzycznego romantyzmu. Tutaj idealnym przykładem zdaje się być utwór Świecę we wszystkich kierunkach, który nawet tytułem daje wyraźnie do zrozumienia, o co chodzi. Nie powiem, jest to naprawdę ładna nuta, ale troszeczkę jednak wybiła mnie z takiego przyjemnego transu, w którym jest się przez poprzednich pięć kawałków. A przynajmniej ja jestem. Ale potem rozbrzmiewają pierwsze dźwięki utworu Witaminy i można śmiało powiedzieć, że znów jesteśmy w domu.

#03: Tame Impala The Slow Rush

W SKRÓCIE:

  • australijski zespół grający psychodelicznego rocka
  • założony przez Kevina Parkera w 2007 roku
  • gdyby kogoś to interesowało — nazwa grupy pochodzi od impali, średniej wielkości antylopy

The Slow Rush to czwarty album studyjny zespołu Tame Impala. Warto w tym momencie zaznaczyć, że mamy do czynienia z grupą, która przede wszystkim tworzy muzykę psychodeliczną — w dużym skrócie i uproszczeniu: nie wiadomo, z czym mamy do czynienia. Założycielem grupy jest wspomniany po lewej Kevin Parker (nie wiem dlaczego, ale dwa razy napisałam Peter Parker), który w przeszłości przeszedł niemałą muzyczną metamorfozę. Rozpoczynając od aspirującego twórcy indie rocka, postanowił totalnie zmienić kurs i pozwolił, aby jego wyobraźnia zrobiła dokładnie to, na co ma ochotę. Wyszło lepiej, niż myślicie — The Slow Rush to jest dokładnie tym, co sugeruje tytuł: powolnym pędem. Wiem, że to nie brzmi szczególnie sensownie, ale zaufajcie mi, że jak już zaczniecie słuchać, to zrozumiecie, o co chodzi. A nawet jeśli nie, to na pewno Wam się spodoba, jeżeli lubicie niecodzienne brzmienia. Bardzo podoba mi się przede wszystkim to, jak Tame Impala operuje przy swoim krążku natężeniem dźwięków — cały album jest niby to spokojny, ale jednak nie do końca. Jest w nim coś niezwykłego, coś momentami lekko usypiającego, a nawet rozleniwiającego. Dopiero jednak na samym końcu, odpalając utwór One More Hour równie dobrze moglibyśmy wsadzić się do rakiety i wylecieć w kosmos. A gdybym miała z kolei określić The Slow Rush jednym słowem, wybrałabym: odurzający

#02: Moses Sumney græ: Part 1

W SKRÓCIE:

  • 28 lat, urodzony w Asheville
  • skradł mi serce wystąpieniem w NPR i już go nie oddał
  • jego głos najprawdopodobniej jest wyższy od Twoich ocen
  • teledysk do Virile to jeden z najbardziej estetycznych rzeczy, jakie widziały moje oczy
  • krótko mówiąc, po prostu pieprzony geniusz

To, co Moses Sumney robi ze swoim głosem na żywo (podkreślam, na żywotutaj, tu, i tutaj, tu też), to prawdopodobnie coś, czego mnóstwo artystów nie potrafi nawet zrobić z autotune’m. To samo robi z nim również w græ: Part 1, swoim drugim albumie studyjnym, wydanym aż trzy lata po debiutanckim krążku Aromanticism. Pomijając już fakt, że Sumney sam w sobie jest niezwykle atrakcyjnym człowiekiem, tak jego muzykę też określiłabym właśnie takim słowem: atrakcyjność. Nie wiem, dlaczego, ale po raz kolejny muszę również przyznać, że znów proponuję Tobie album iście dziwaczny, specyficzny i nie wiedzieć właściwie, co jeszcze. Nic na to nie poradzę — mój gust muzyczny chyba jest po prostu.. dziwny. Tak czy siak, græ: Part 1 to przede wszystkim zabawa głosem — genialnym, niezwykle wysokim i zdolnym do naprawdę niezłej gimnastyki głosem. Zdawać by się w sumie mogło, że to jeden wielki eksperyment. Tyle że jak na ekperyment, jest zbyt dobrze przemyślany — tutaj każdy szept, każda osobna nuta, każde załamanie głosu zdaje się być umieszczone dokładnie tam, gdzie powinno i idealnie współpracuje z towarzyszącymi dźwiękami. Jeśli chodzi o tematykę, tutaj Sumney również popłynął — począwszy od poruszenia problemu nieodwzajemnionej miłości w In Bloom, a skończywszy na definicji toksycznej męskości w Virile, græ: Part 1 to zbiór niecodziennych i poważnych przemyśleń, zapakowanych w niezwykle estetyczne pudełko (w sensie, no, chodzi mi o muzykę).

#01: King Krule Man Alive!

W SKRÓCIE:

  • Archy Marshall
  • 26 lat, urodzony w Londynie
  • muzyką zajął się już w 2010 roku, wówczas jako Zoo Kid
  • ma za sobą dość ciężkie dzieciństwo — jak sam twierdzi, dużo się w tym okresie nacierpiał

Prawdopodobnie nie powinnam umieszczać King Krule na pierwszym miejscu, bo jestem prawie pewna, że osiemdziesiąt procent słuchaczy wyłączy Man Alive! najpóźniej w trakcie drugiego utworu. Jak nietrudno się więc domyślić — po raz kolejny nie wiadomo, z czym mamy do czynienia. Ba, nie wie tego nawet Wikipedia, według której, cytuję, styl jego (czyli King Krule oczywiście) muzyki jest trudny do zdefiniowania łącząc elementy wielu gatunków, takich jak: punk jazz, hip hop, darkwave czy trip hop. Moja mama na przykład powiedziałaby, że to po prostu jest darcie ryja. No, ewentualnie naćpanie się i dopiero potem darcie ryja. W sumie bardziej to drugie właśnie. Tak czy inaczej, ja, jak to ja, zakochałam się w twórczości King Krule już przy pierwszym albumie, czyli w tym przypadku 6 Feet Beneath the Moon. Mam również spory problem z wybraniem ulubionego krążka, bo The OOZ, drugi album studyjny, jest równie genialny, co omawiany dzisiaj Man Alive!. Tak jakby… Kurde, tego nie da się za bardzo opisać. Znaczy, skoro już muszę to zrobić, to to naprawdę przypomina darcie ryja będąc naćpanym. Tyle że to jest takie umiejętne darcie ryja — brzmiące dokładnie tak, jak brzmieć powinno. Ba, powiedziałabym nawet, że to dźwięczne darcie ryja. Zresztą, co ja się będę produkować. Po prostu idź i posłuchaj, tak będzie najprościej.

M.