muzyka

Muzyka Miesiąca #01: styczeń 2020

No dobrze. Dotarliśmy. Jest mi niezmiernie miło przywitać Cię w pierwszym (tak naprawdę to nie pierwszym, a już którymś, ale uznajmy, że pierwszym) tekście z jednej z moich ulubionych serii, która jest zarazem integralnym elementem mojego bloga. To od niej się zaczęło, jeśli mam być szczera. Muzyka towarzyszy mi na każdym kroku — bardzo często jest tak, że to od niej zależy, jaki mam humor. Jeżeli chcę dłużej pobyć w jakimś konkretnym stanie emocjonalnym, to też szukam czegoś odpowiedniego do słuchania. Słucham bardzo dużo, wystarczy spojrzeć na mój profil na Last.fm, gdzie dowiesz się dokładnie, czego słucham, kiedy słucham i ile słucham. Jeżeli oczywiście Cię to interesuje. Za jakiś czas pojawi się z kolei na blogu tekst, w którym podsumuję ubiegły rok w kategorii muzyki właśnie. Bo w innych kategoriach zadziało się stosunkowo niewiele, o czym pisałam w poprzednim tekście. A raczej o tym, co dał mi prawie rok (prawie) kompletnej stagnacji. Bo to wcale nie tak, że absolutnie nic się nie działo i generalnie leżałam na łóżku i patrzyłam się w sufit. Jeżeli chcesz, zapraszam do przeczytania wspomnianego tekstu  dziś z oczywistych powodów nie będę się na ten temat rozpisywać. 
Ruszajmy więc. Przed Tobą dziesięć albumów muzycznych, które spodobały mi się najbardziej w styczniu.

#10: Poppy I Disagree

W SKRÓCIE:

  • Moriah Rose Pereira
  • 25 lat, urodzona w Bostonie
  • zasłynęła najpierw na YouTubie, gdzie znajdziecie jej dziwne, wręcz psychodeliczne filmiki
  • generalnie to jest bardzo dziwny przypadek artysty, gdzie nikt nie wie, o co chodzi, ale wszyscy są zaintrygowani (w tym ja)
  • gdybym miała w skrócie opisać twórczość Poppy — do czasu wydania I Disagree dziewczyna kompletnie nie wiedziała, jaką muzykę chce tworzyć
  • przed I Disagree Poppy tworzyła głównie muzykę z gatunku pop, od czasu do czasu częstując swoich słuchaczy czymś, czego nie dałoby się wrzucić do jednej konkretnej szufladki
  • rzadko spotykam na swojej drodze muzykę, która wywołuje u mnie gęsią skórkę — ta zrobiła to już przy pierwszym utworze

Zanim cokolwiek powiesz — tak, wiem, że okładka jest dość przerażająca. Właściwie sama Poppy taka jest. Oficjalnie Moriah Rose Pereira, amerykańska piosenkarka, która rozpoczęła swoją karierę w wieku osiemnastu lat. Ogółem, jeżeli ktoś już ją kojarzy, to raczej z muzyką pop. Taką wiesz, mainstreamową — i rzeczywiście jej twórczość należała do tego gatunku. A potem wyszło I Disagree. Ale zaraz. Najpierw dość ważna kwestia; muszę zaznaczyć, że nigdy wcześniej Poppy nie przyciągnęła mojej uwagi. No, może jedynie swoim pierwszym singlem o dość zwyczajnym tytule I’m Poppy. Później zapomniałam o jej istnieniu, kojarząc, że to jakaś młoda dziewczyna, która dała się pochłonąć karierze i tworzy głównie to, czego ludzie będą słuchać. Poppy przez długi czas była w moich oczach.. nijaka. Niewarta uwagi. Okej, trochę dziwna, trochę nawet oryginalna, ale sama jej twórczość sprawiała wrażenie muzyki robionej na ślepo, jakby artystka po prostu pozwoliła, żeby prowadzono ją za rączkę. Wprawdzie już od początku niektóre piosenki wyraźnie wskazywały na to, że ich twórczynię ciągnie do innych gatunków, ale.. No. Ale. No i jeszcze ten YouTube. Zapomniałam na początku dodać, że jeżeli ktoś ją kojarzy, ale nie z muzyką pop, to prawie na pewno z jej dość chorą karierą na YouTubie. Serio, chorą. Przykłady: pierwszy, drugi (ten oglądasz na własną odpowiedzialność, podkreślam), trzeci. I pozwól, że tak to zostawię. Do rzeczy. I Disagree to: po pierwsze — dowód na to, że Poppy w końcu znalazła siebie i stworzyła coś, co jest autentyczne, po drugie — choć rzeczywiście jest to metal (nie taki zwyczajny!), co momentami równa się z kakofonią dźwięków i chaosem, tak wciąż jest to historia. To też pierwsza spójna kompozycja w dyskografii Poppy, która mimo licznych zmian zachowała swoją umiejętność wywoływania w słuchaczu poczucia dziwnego dyskomfortu. I Disagree rozpoczyna się piosenką Concrete — przy pierwszym odsłuchaniu przez bite trzy minuty i dwadzieścia jeden sekund siedziałam z otwartymi ustami, próbując zrozumieć, co się dzieje w moich słuchawkach. Nie zrozumiałam, ale wiem, że właśnie tak miało być. Jeżeli chodzi o mojego faworyta z płyty, jest nim definitywnie piosenka o takim samim tytule, co album — najlepiej brzmi, spójnie przechodzi z jednego motywu do drugiego. Muszę przy tym przyznać, że Concrete to natomiast najciekawszy utwór, który idealnie przedstawia to, co czuje osoba słuchająca go po raz pierwszy. Najsłabszym utworem jest natomiast Sick of the Sun — jakoś tak, zbyt spokojny jest.

#09: Selena Gomez Rare

W SKRÓCIE:

  • 27 lat, urodzona w Texasie
  • jej kariera rozpoczęła się tak naprawdę w Disneyu (Czarodzieje z Waverly Place na zawsze w moim sercu)
  • ciekawostka, o której sama nie miałam pojęcia, aż nie przeczytałam tego w Wikipedii: Gomez jest jednym z producentów wykonawczych serialu Trzynaście Powodów
  • Rare to nowa (i znacznie ciekawsza) Selena, która odważyła się na eksperymenty

Jeżeli mam być naprawdę szczera, przez bardzo długi czas Selena Gomez była dla mnie tą laską od Biebera. Wcześniej była natomiast Alex Russo z Czarodziejów z Waverly Place. Właściwie nigdy nie słuchałam jej na poważnie — jej piosenki najczęściej towarzyszyły mi na imprezach, głównie Kill Em With KindnessHand To MyselfSame Old Love. Dlaczego w ogóle sięgnęłam po jej album? Głównie dlatego, że Rare to takie trochę zmartwychwstanie. Po pięciu latach ciszy (nie licząc oczywiście paru singli w międzyczasie) Gomez wydała drugi album (swoją drogą, byłam prawie pewna, że jest ich więcej), a w internecie nie dało się nie wpaść na pozytywne opinie na jego temat. No więc stwierdziłam, że w sumie to co mi szkodzi, nie? Z jednej strony były oczywiście zapowiedzi płyty, a dokładniej single Lose You To Love Me oraz Look At Her Now. O ile pierwszy jest po prostu ładną balladą, o tyle drugi sprawił, że nie do końca byłam pewna, czy chcę przesłuchać resztę. Bo ballada, czyli Lose You To Love Me, jest naprawdę ładna, słucha się jej niezwykle przyjemnie i łapie za serce. Tyle że Look At Her Now już takie ładne nie jest — to raczej jeden z tych utworów, które albo uważasz za świetne, albo nimi gardzisz. Zacznijmy jednak od początku, czyli w tym przypadku utworu Rare, który stałych słuchaczy Seleny może nieco zbić z tropu. Później jest jednak Dance Again, podczas którego naprawdę nie da się siedzieć spokojnie. Z oczywistych powodów pominę Look At Her Now oraz Lose You To Love Me. Muszę jednak zaznaczyć, że tym razem mam trójkę faworytów: Dance AgainRing oraz Let Me Get Me, przy czym szczególnie uwielbiam ostatni z wymienionych utworów. Jest po prostu przewspaniały, bujam się i bujam i przestać nie mogę. A reszta? Pozostawię ją Tobie. Do przesłuchania.

#08: Halsey Manic

W SKRÓCIE:

  • Ashley Nicolette Frangipane (przeżyłam szok)
  • 25 lat, urodzona w New Jersey
  • ma włoskie, irlandzkie i węgierskie pochodzenie ze strony mamy, afroamerykańskie ze strony taty
  • w dzieciństwie grała na wiolonczeli, skrzypcach i altówce, po czym przeszła do gitary w wieku 14 lat
  • w wieku 16 lat wykryto u niej chorobę afektywną dwubiegunową

Miałam kiedyś taki okres, że nie mogłam słuchać Halsey. Dosłownie. Nigdy nie kwestionowałam oryginalności jej głosu, ale dawniej chyba moje uszy po prostu nie były jeszcze tak.. otwarte na nowości? Nigdy też nie interesowałam się Halsey bardziej, niż wymagało tego pisanie o muzyce. Jasne, że jak się siedzi w temacie, to człowiek wie, że ktoś taki istnieje, tworzy głównie muzykę pop i od czasu do czasu zasłynie jakimś singlem. Tyle że w tym momencie to jest artysta znacznie większego kalibru, niż była za czasów swojego pierwszego albumu, BADLANDS. Pamiętam, jak na gimnazjalnych imprezach tańczyło się do New Americana. Dzisiaj z kolei drze się mordę wykrzywioną w podkówkę do Without Me, bo przecież każdy z nas miał kiedyś złamane serce. No dobra, przynajmniej ja drę. Ten album to taka sesja terapeutyczna, zarówno dla samej artystki, jak i słuchacza. Halsey po prostu obnażyła się przed całym światem, wyrzuciła z siebie absolutnie wszystko, co chciała i zebrała z podłogi kawałki, aby ułożyć z nich dość smutny, aczkolwiek pełen nadziei obraz pod tytułem Manic. Warto jednak wspomnieć również o tle, które tak naprawdę jest tutaj najważniejsze — w grudniu 2017 roku Halsey ogłosiła swój zwiąek z G-Eazy, a potem ich relacja była jedną wielką niewiadomą. Rozstawali się, wracali do siebie, pisali smutne piosenki, by wreszcie zerwać ze sobą na dobre. No i potem powstało właśnie Without Me, które jest również moim faworytem z całej płyty. Głównie dlatego, że uwielbiam oglądać wykonania tego utworu na żywo, gdzie absolutnie za każdym razem mam gęsią skórkę. Emocje (tutaj) wylewają się (i tu) z Halsey (i tutaj) z taką intensywnością, że to jest po prostu coś, co trzeba zobaczyć i posłuchać. Oczywiście, choć to nie jest jedyna piosenka, która mi się podoba, tak musiałam się wyprodukować na jej temat, przez co pozostałe utwory zostają w tyle. Cóż. Tak czy inaczej — bardzo przypadły mi do gustu AshleyStill LearningFinally // beautiful stranger. Cały ten krążek to długa historia o licznych upadkach — najważniejszą jej częścią jest jednak fakt, że Halsey za każdym razem się podnosi. Artystka cierpi, ale mimo wszystko to nie jest lament — to bardziej pozwolenie sobie na smutek, aby po deszczu wyszło słońce.

#07: Andy Shauf The Neon Skyline

W SKRÓCIE:

  • 32 lata, urodzony w Kanadzie
  • nie wiedziałam o jego istnieniu aż do dnia, gdy przypadkiem trafiłam na ten album i bezpowrotnie przepadłam
  • co ciekawe, swoją przygodę z muzyką rozpoczął w zespole chrześcijańskim grając na perkusji
  • swój pierwszy album pod tytułem Darker Days wydał w 2009 roku, łącznie krążków na swoim koncie ma już sześć (wliczając w to The Neon Skyline)

Jeszcze do niedawna nie miałam najmniejszego pojęcia, kim właściwie jest Andy Shauf. Ba, nie wiedziałam nawet, że ktoś taki istnieje. Jak zwykle w takich sytuacjach, wpadłam na niego przypadkiem — a dokładniej podczas przeglądania nowych premier muzycznych w serwisie Album of the Year. (Swoją drogą, to właśnie tam najczęściej odkrywam największe perełki, które później lądują w tych tekstach!) Kiedy po raz pierwszy słuchałam The Neon Skyline, w głowie miałam obraz gościa z gitarą bujającego się na hamaku ze źdźbłem (co to w ogóle jest za słowo?) trawy w ustach i od czasu do czasu — w przerwie od beztroskiego śpiewania — popijającego swoje ulubione piwo czy cokolwiek innego. (Ja popijałabym pewnie kawę.) Gdybym miała porównać twórczość Andy’ego do innych artystów, powiedziałabym, że Mac DeMarco spotkał się z The Tallest Man On Earth. Niby to smutne, ale jednak relaksujące. Coś pomiędzy. Historia z kolei, którą The Neon Skyline opowiada, jest dosyć prosta: narrator idzie do baru, gdzie dowiaduje się, że jego była miłość wróciła do miasta. Ta wieść wybudza w nim stare wspomnienia, począwszy od szczeniackiego zakochania, a skończywszy na pełnych zazdrości kłótniach i marzeniach, aby wszystko mogło zacząć się od początku. Tyle że na to ostatnie już za późno, czego również dowiadujemy się z krążka. Najlepsze w The Neon Skyline jest to, że wcale nie trzeba się w ten album specjalnie wsłuchiwać, aby czerpać z tego przyjemność — ale gdy jednak postanowisz to zrobić, gdy rzeczywiście się wsłuchasz, będzie to niczym nagroda. The Neon Skyline to bowiem wzruszająca historia o relacji międzyludzkiej, która zbyt mocno uderzyła w ziemię, kiedy spadała na dno. A potem Shauf orientuje się, że jest jeszcze cały świat do odkrycia, inni ludzie do spotkania i historie do opowiedzenia.

#06: 070 Shake Modus Vivendi

W SKRÓCIE:

  • Danielle Balbuena
  • 22 lata, urodzona w New Jersey
  • przed rozpoczęciem kariery muzycznej w 2015 roku zajmowała się poezją
  • Modus Vivendi to jej debiut
  • ma na swoim koncie sporo niezłych collabów, pojawiła się między innymi na albumie Ye Kanye Westa
  • jej muzyka to oryginalne połączenie alternatywnego hip-hopu z delikatnym popem

Jeżeli posłuchacie piosenki Ghost Town z albumu Kanye, 070 Shake pojawia się na samym końcu utworu. Reed Jackson, dziennikarz Pitchfork, w swojej recenzji Modus Vivendi uznał tamto outro za najlepszy moment całego albumu Westa i rzeczywiście muszę przyznać, że coś w tym jest. Tak samo, jak to coś jest w Modus Vivendi, debiutanckim krążku 070 Shake. Zaczynając od samego początku, wydawało mi się, że będę mieć do czynienia z niszową wersją Sevdalizy. Że wyruszyłam w bardzo dziwną podróż po wielu różnych wymiarach i szczerze mówiąc to nie byłam pewna, czy odnajdę drogę z powrotem. A potem zaczęło się Come Around i sprawiło, że droga z powrotem przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Chciałam tam zostać — nie wiedząc zarazem, gdzie dokładnie jest tam. Pierwsze dwa utwory, stosunkowo krótkie (oba nie trwają dłużej, niż dwie minuty), wbrew wszelkim pozorom oczarowały mnie wystarczająco. Razem z pierwszymi dźwiękami Morrow zaczęłam powoli rozumieć, że nie sposób wyjaśnić, z czym mam do czynienia. Modus Vivendi wielu określi raczej jako jeden wielki chaos gatunkowy. Nie kwestionuję tego — łatwo się tu pogubić, łatwo zmienić zdanie w środku jednego utworu, by pomyśleć już coś zupełnie innego w środku drugiego. I chociaż przez znaczną większość czasu dla mnie nadal wszystko brzmi dokładnie tak, jak powinno, to i tak zdarzały się momenty, kiedy (przynajmniej według moich uszu) 070 Shake nieco za bardzo dawała się ponieść fantazjom i zapuszczała zbyt daleko w niektóre terytoria. Podobnie jak we wspomnianej recenzji, posłużę się Rocketship jako przykładem, gdzie równie dobrze głos Danielle można byłoby zastąpić Travisem Scottem. Ale to wiesz, mały, nieistotny szczegół. Bo Modus Vivendi to wciąż perełka.

#05: Georgia Seeking Thrills

W SKRÓCIE:

  • Georgia Rose Harriet Barnes
  • 29 lat, urodzona w Londynie
  • (bardzo) dobrze gra na bębnach
  • Seeking Thrills to jej drugie dziecko, pierwsze (też Georgia) przywitało świat w 2015 roku
  • muzyka Georgii określana jest jako połączenie synth-popu z popem elektronicznym

Seeking Thrills to istna perełka, wyborne połączenie dania głównego w postaci synth-popu z przystawkami: odrobiną elektroniki, popu, alternatywy (nie mylić z alternatywką…). To uczta dla każdego, kto lubi poznawać nowe rzeczy i nie ma nic przeciwko odrobinie dziwności. Bo prawda jest taka, że twórczość Georgii na pewno nie należy do kategorii mainstreamu, a Seeking Thrills prawie na pewno nie usłyszycie w radio (no, chyba że też w takim mniej mainstreamowym, jak Trójka). A zanim przejdę dalej — mainstream to, jak głosi słownik slangu i mowy potocznej, określenie aktualnie panującego trendu, czegoś co jest popularne, znane bardzo szerokiej widowni, coś co się sprzedaje, a bardzo często jest to również synonim kultury popularnej. Wiemy już więc, z czym mniej więcej mamy do czynienia, dlatego wypadałoby przejść do szczegółów. Seeking Thrills zaczyna się utworem (wcale nie) enigmatycznie nazwanym Started Out, którego pierwsza minuta (no, z przerwami) przywołuje mi na myśl Nicolasa Jaara. Po tej pierwszej minucie jest już stuprocentowa Georgia, jej delikatny wokal i towarzyszące mu syntezatory. Tak już zostaje — wyjątkiem na krążku jest dla mnie utwór Mellow z udziałem Shygirl, który brzmi bardziej jak znacznie lżejsza (ale wciąż dziwna) wersja Poppy. Później jest jeszcze również odstające od reszty Till I Own It, które rozpoczyna się tak samo dziwnie, jak Mellow, tyle że po paru sekundach robi się coraz spokojniejsze i brzmi przyjemniej. Jedno jest tutaj pewne — Seeking Thrills to album stworzony z pasją, dzieło, w które twórca włożył całe swoje serducho i obnażył je światu z uśmiechem.

#04: Field Music Making a New World

W SKRÓCIE:

  • utworzony w 2004 roku zespół
  • bracia David i Peter Brewis to dwójka stałych członków, Andrew Moore sporadycznie pojawia się przy klawiszach
  • ich muzyka to przede wszystkim indie rock, aczkolwiek artyści często eksperymentują z tym gatunkiem, w wyniku czego często mamy do czynienia też z art-rockiem czy odmianami popu

Making a New World to czterdzieści dwie minuty historii o następstwie I wojny światowej, czyli dwudziestym wieku. Co ciekawe, album rozpoczyna się utworem bazującym na graficznym przedstawieniu ostatnich strzałów podczas wojny, by w kolejnych piosenkach opowiedzieć o sufrażystkach czy doktorze Haroldzie Gillies’ie, który przeprowadzał przeszczepy skóry rannych żołnierzy… Tyle że kto słucha muzyki, aby myśleć o tego typu rzeczach? Ja nie. Muzyka jest od emocji, nie od faktów. Dlatego, gdy po raz pierwszy wsłuchałam się w Making a New World, nie do końca wiedziałam, o co tu w ogóle chodzi. Bo ten album brzmi dziwnie, niby pogodnie, ale jednak nie do końca. Jest sporo przerywników trwających po kilkadziesiąt sekund, które zdają się pełni rolę dłoni przewracającej kolejne strony książki, tym samym rozpoczynając nowe rozdziały. Są prawie że nieobecne syntezatory połączone z klawiszami, jest nawet utwór o menstruacji. Wiem, jak to brzmi. Uwierz mi — wiem. Po If The Wind Blows Towards The Hospital, czyli czegoś w rodzaju electro-rocka, przechodzimy do Only In a Man’s World, kolejnego dziwactwa, tyle że tym razem mocno funkowego. Why should a woman feel ashamed?, śpiewa jeden z braci, by po paru wersach stwierdzić, że wszystko wyglądałoby na świecie inaczej, gdyby chłopcy również krwawili (Things would be different if the boys bled). Takie tam, szczegóły, co nie? Właściwie to sama już nie wiem, o czym mówię. Ale wiesz, równie dobrze możemy po prostu uznać, że Field Music zrobiło całkiem dobrą robotę, pominąć kwestie jakiejkolwiek merytoryki, posłuchać Making a New World raz czy dwa (ewentualnie więcej) i przejść do następnego albumu. I powiem Ci, że tak właśnie zrobimy.

#03: Mick Jenkins The Circus

W SKRÓCIE:

  • 28 lat, urodzony w Alabamie
  • ma na koncie dwa albumy studyjne oraz cztery EP-ki
  • głównie hip-hop z innymi gatunkami
  • moim ulubionym albumem Jenkinsa i tak będzie Pieces of a Man, genialne połączenie rapu z jazzem
  • …gdyby ktoś mi parę lat temu powiedział, że połączenie rapu z jazzem może być genialne, zadzwoniłabym po karetkę i na policję równocześnie

Wiem, że w teorii miały być same albumy, ale w praktyce… Wiesz, jak to jest. No więc zacznijmy od tego, że The Circus nie jest albumem, a Spotify kłamie. Sam Jenkins określił The Circus jako wprowadzenie (nagrane z dwuletnim opóźnieniem) do jego drugiego albumu studyjnego z 2018 roku, Pieces of a Man. I w tym momencie nie byłabym oczywiście sobią, gdybym nie odbiegła od tematu — jeśli nie znasz twórczości tego pana, to koniecznie posłuchaj Pieces of a Man przed The Circus. Nie obchodzi mnie, że drugie jest wprowadzeniem do pierwszego według samego artysty — jak tak mówię, to tak zrób. Bo widzisz, parę lat temu nie przepadałam za rapem. Albo inaczej — nie słuchałam go. Prawie wcale. Zawsze (no, przynajmniej odkąd pamiętam) natomiast lubiłam jazz. I jak napisałam po lewej przy piątek kropce w sekcji W SKRÓCIE, gdyby te parę lat temu ktoś powiedział mi, że oba te gatunki da się połączyć, zmieszać i uzyskać cudo, to po pierwsze: zadzwoniłabym po karetkę, uznając, że człowiek majaczy i może ma jakiś udar, a po drugie: zadzwoniłabym na policję, bo takie bluźnierstwa to równie dobrze mogłyby być osobistymi groźbami. Parę lat temu (chociaż nie wiem dokładnie, czy chodzi mi o trzy czy siedem) byłam odrobinę mniej otwarta na muzyczne nowości, niż jestem teraz. Jasne, zawsze byłam bardziej otwarta, niż mniej, ale.. No, ale. A potem trafiłam właśnie na Pieces of a Man. Album, w którym połączono rap z jazzem, pomieszano i uzyskano prawdziwe cudo. I choć The Circus takim połączeniem nie jest (przynajmniej na pewno nie w takim samym stopniu), to wciąż mnie zachwycił. Muzyka Jenkinsa ma chyba po prostu w sobie coś, co sprawia, że wszystko brzmi świetnie, ja się bujam i generalnie jest zajebiście, niezależnie od tego, czy w słuchawkach leci piosenka o zegarku za trzy tysiące dolców (Flaunt, jakby ktoś był ciekawy, która to nuta), czy może o czymś znacznie poważniejszym. Gdybym miała jednak opisać The Circus po ludzku i krótko? Wchodzi jak nóż w masło.

#02: Alexandra Savior The Archer

W SKRÓCIE:

  • 24 lata, pochodzi z Portland
  • swój pierwszy album pod tytułem Belladonna of Sadness wydała w 2017 roku
  • jej muzyka to bardzo osobliwe połączenie niszowego popu z odrobinę psychodelicznym, aczkolwiek lekkim rockiem

The Archer zaczyna się przepięknym utworem Soft Currents, gdzie delikatnym klawiszom towarzyszy równie delikatny, anielski głos Savior. Niezależnie jednak od tego, jakie zdanie wyrobisz sobie podczas słuchania pierwszej piosenki The Archer, podczas słuchania kolejnych prawie na pewno je zmienisz. Z niezwykle smutnej ballady przechodzimy bowiem do bębnów i gitary, które razem tworzą dość ponurą, aczkolwiek znacznie mniej delikatną kompozycję. Właściwie, im dłużej i więcej słuchałam Alexandry, tym częściej przypominała mi Lanę del Rey. W pewnym stopniu. Niewielkim, ale jednak. Najbardziej przy Crying All the Time. Co ciekawe, to był pierwszy utwór, który Savior napisała dla swojego krążka. Przy czwartym utworze jest już zgoła inaczej, niż przy pierwszym — Howl ma pazur. Ale mimo tego pazura, wciąż jest melancholijne, jak cały album. W Send Her Back znów wyraźne bębny, bardziej wpadający w ucho bit. No i ten wokal. Później, w The Phantom, album skręca w ciemną uliczkę, pełną delikatnej psychodelii, by w Bad Disease znów wrócić do bardziej normalnego brzmienia. Gdyby tak się zastanowić, The Archer to taki rollercoaster, tyle że poruszający się w żółwim tempie. Zaczyna się spokojnie, później jest nieco bardziej dynamiczny, by skończyć się również spokojnie, piosenką o takim samym tytule, co album. I będącej jednocześnie moim drugim faworytem, zaraz po Soft Currents. W obu utworach najlepiej słychać, z jakim głosem mamy do czynienia. Podpowiem: z genialnym.

#01: Mac Miller Circles

W SKRÓCIE:

  • Malcolm James McCormick
  • jego muzyka to przyjemny dla ucha, alternatywny hip-hop
  • zmarł dwa lata temu przez przypadkowe przedawkowanie narkotyków
  • Swimming, czyli jego poprzedni album, przesłuchałam chyba ponad 20 razy

Nie chciałam pisać o tej płycie. Nie chciałam pisać o tym konkretnym artyście, bo najzwyczajniej w świecie mnie to boli. Mac Miller był genialnym twórcą. Był gościem, którego muzykę włączałam najczęściej w momentach, gdy miałam wszystkiego dość i musiałam się uspokoić. I za każdym razem rzeczywiście się uspokajałam — taka właśnie jest muzyka Millera. Jego poprzedni album o tytule Swimming włączyłam krótko po tym, jak w internecie rozeszła się wieść o jego śmierci. Pamiętam, że było mi cholernie smutno i nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje. Mac urodził się w 1992 roku, ja w 1998. Niewielka różnica. Zastanawiałam się, czy to, czego słucham, nie jest czasem po części powodem tej tragedii — a dokładniej jego kariera, która być może zabrała zbyt wiele, aniżeli dała. Nie wiem i nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć. Jednego jestem natomiast pewna — Circles to kolejny dowód na to, że Mac Miller był genialnym twórcą. To historia o człowieku, który w gruncie rzeczy był dokładnie taki, jak wszyscy wokół. Też miał problemy, też miał dość, też uciekał do swoich rzeczy, gdy potrzebował się uspokoić. Jak ja. Czy Ty. Czy ktokolwiek inny. Zaczyna się od utworu o takim samym tytule, gdzie Miller porównuje życie do zataczania koła — wszystko się powtarza, a człowiek niezależnie od tego, jak mocno się stara, to i tak kiedyś wyląduje dokładnie tam, skąd przyszedł. Tyle że mimo to się stara i nie przestaje. Osobiście, polecam zarezerwować sobie 50 minut wolnego czasu, wziąć sobie coś do picia, usiąść w spokoju, z słuchawkami na uszach i posłuchać Circles od początku do końca. Żadne słowa tak czy siak nie oddadzą tego, co usłyszysz.

M.